15 lipca 2015

167. Uroki Słowenii cz. I

Hej, hej, hej!
Wróciłam! Wprawdzie w jednym kawałku, ale okropnie posiniaczona i otarta! Na szczęście za tymi wszystkimi niedogodnościami stoją naprawdę cudowne momenty, które raczej trudno będzie mi tutaj opisać. W Słowenii byłam z biurem podróży Horyzonty, z takiej okazji, że mój tata był na tej wycieczce przewodnikiem, tak więc byłam tam najmłodsza (wszyscy pozostali uczestnicy byli dorośli). Relację podzielę na dwie części i może od razu zapowiem, iż obie nie będą długie, bo w zasadzie chcę Wam tylko krótko sprostować gdzie byłam i ukazać piękno tego cudownego kraju, a nie rozwodzić się po pięć linijek nad jedną chwilą. :) Osobiście wolę czytać relacje właśnie takie, które zawsze pisałam, ale na tym wyjeździe niestety w ogóle nie miałam czasu robić notatek. :( Mam nadzieję, że taka forma tego wszystkie również Wam się spodoba. :)

DZIEŃ PIERWSZY, PIĄTEK
Wstałam z łóżka gdzieś koło szóstej, skończyłam pakowanie i zaniosłam wszystkie rzeczy do samochodu. Wpół do ósmej byliśmy w Wieliczce, a następnie udaliśmy się do Krakowa, gdzie pijąc kawę czekaliśmy na uczestników wycieczki. Było parę osób z Warszawy, kilka z Krakowa, a w Katowicach dosiadły się jeszcze trzy. Ogólnie z kierowcą i moim tatą było nas tylko piętnaście, czyli bardzo mało. W busie większość osób zajmowała po dwa siedzenia, więc było naprawdę wygodnie. Jechaliśmy calutki dzień. Podczas podróży głównie czytałam i słuchałam muzyki, a że mój telefon raczej nie posiada wielkich zbiorów piosenek, udało mi się nauczyć na pamięć wszystkich kwestii 'One day more'! :D Co z tego, że połowę wymawiam źle? ^^ Około godziny dwudziestej drugiej dojechaliśmy do pierwszego schroniska. Szybko i krótko każdy powiedział coś o sobie, po czym wszyscy udali się do łóżek, bo już następny dzień wymagał od nas trochę więcej wysiłku.

ciekawostka namber łan:
W Słowenii napój powszechnie znany w Europie i nazywany herbatą jest raczej rzadkością. W większości schronisk, jeśli o niego poprosimy, popatrzą na nas jak na przybyszów z kosmosu, po czym dostaniemy herbatkę z miętą lub melisą, typową na choroby.



DZIEŃ DRUGI, SOBOTA
Wstaliśmy już koło godziny ósmej, zjedliśmy śniadanie, a niektórym udało się nawet wybrać do pobliskiego wodospadu. Spakowaliśmy rzeczy do busa i podjechaliśmy pod Śnieżną Jamę. Ubraliśmy się dość ciepło, ponieważ w jaskini było naprawdę chłodno. Na początku trzeba było zejść na dół ciągiem metalowych drabin, a ja drabin nienawidzę, więc zajęło mi to okropnie dużo czasu. Każdy dostał także lampę karbidową, z którą trzeba było nieźle uważać. W Jamie znajdowały się cudowne stalagmity, stalaktyty oraz inne rzeźby natury. Po wyjściu z jaskini udaliśmy się na Raduhę (2062 m.n.p.m.). Podejścia na pewno nie należały do najłatwiejszych, ale jakoś daliśmy radę i dotarliśmy na szczyt, skąd rozciągał się wspaniały widok na Alpy Kamnicko-Sawińskie i Karawanki. Następnie zeszliśmy do schroniska, zjedliśmy co kto posiadał, po czym przyjechał nasz busik i zawiózł nas do kolejnego schroniska - do Barbary, która okazała się naprawdę miłą i ciepłą osobą. ^^ Szybko rozdzieliliśmy pokoje, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.





DZIEŃ TRZECI, NIEDZIELA
Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy małe plecaki i ruszyliśmy w góry! Na początku było nawet dobrze, ale gdzieś w połowie drogi zaczął się istny koszmar - skały. Zakosami, w południowym słońcu, wychodziliśmy pod okropnie strome Savijskie Siodło (2106 m.n.pm.). Kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do celu, znaczna część grupy postanowiła wyjść Ledynski Vrch, ale ja, a wraz ze mną Agata i Wojtek, zostaliśmy, czekając na nich jakąś godzinkę i przy okazji dyskutując o urokach oraz wadach Krakowa i Warszawy. Gdy reszta wróciła, zaczęliśmy schodzić na dół, w stronę Logarskiej Doliny. Zahaczyliśmy o schronisko z małym drzewkiem pomarańczowym! ^^, po czym udaliśmy się do wodospadu przy Orlim Gnieździe (pozdrawiam harcerzy ze szczepu o takiej samej nazwie! ^^). Wodospad był prześliczny, a woda w nim lodowata, ale to nie odstraszyło śmiałków, którzy postanowili się wykąpać! :D Kupiliśmy pocztówki i zjechaliśmy do schroniska Barbary.

ciekawostka namber tu:
Dominującą w Słowenii skałą jest wapień, który, jak wszyscy wiemy, wchłania wodę. Z tego też powodu woda w większości rzek płynie tylko na wiosnę, po roztopach śniegu. Jadąc przez miasteczka możemy zauważyć po prostu wyschnięte koryta rzek, zapełnione białymi kamieniami.



DZIEŃ CZWARTY, PONIEDZIAŁEK
Celem tego dnia było wypoczęcie przed dwoma następnymi dniami, które część wycieczki miała spędzić dość męcząco. Niestety pogoda trochę popsuła nam plany - było okropnie gorąco. Jak zwykle już o dziewiątej wszyscy siedzieliśmy w busie. Naszym pierwszym przystankiem była Skofia Loka z przepięknymi włoskimi kamieniczkami na każdej ulicy. Tam zwiedziliśmy zamkowy ogród. Po zjedzeniu lodów w tym urokliwym miasteczku udaliśmy się do Kranju, gdzie przespacerowaliśmy się skalną ostrogą między Sawą i Kokrą. Następnie udaliśmy się do Bledu, w którym znajduje się przepiękne jezioro z wysepką i kościołem na niej. Mieliśmy dwie godziny na zrobienie rundki wokół niego, ale ledwo zmieściliśmy się w czasie. Widoki były naprawdę cudowne. Tak właśnie zakończyliśmy ten upalny dzień i dotarliśmy do schroniska Jany.


Nie pytajcie mnie czemu ta woda wyszła czerwona...
A tam zapisana jest 'Oda do radości'! :D

DZIEŃ PIĄTY, WTOREK
Gdzieś koło siódmej znaczna część grupy spakowała się, by wyruszyć na dwudniową wyprawę na najwyższy szczyt Słowenii - Triglav. Jest to bardzo wymagająca góra, więc ja, razem z Agatą, Wojtkiem i Marzeną, uznaliśmy, że nie damy sobie tam rady i zostaliśmy w schronisku. Wstaliśmy wpół do dziewiątej i przespacerowaliśmy się cudownym lasem nad jezioro Bohinj. Jego obejście zajęło nam calutki dzień, ale po drodze widzieliśmy naprawdę śliczne krajobrazy. ^^ Zjedliśmy pyszne ryby w pobliskiej restauracji, wyjechaliśmy kolejką na Vogel i popływaliśmy trochę w jeziorze, a następnie wróciliśmy do schroniska i zjedliśmy kolację. Marzena z Wojtkiem i kierowcą jeszcze długo dyskutowali nad czasami PRL-u i komuny, a my z Agatą poszłyśmy spać. Przy okazji (już w schronisku) odkryłam jak w moim aparacie włącza się makro i próbowałam z tym trochę eksperymentować. :D

ciekawostka namber fri:
Jeśli w słoweńskich rzekach już jest woda, ma ona kolor czystego szmaragdu i jest najzwyczajniej w świecie zielona lub niebieska, co daje niesamowity efekt. Jest to spowodowane po prostu jej krystaliczną czystością.


Rezultat mojej zabawy ostrością. :D

Jutro jadę do Warszawy, a mam do rozpisania jeszcze jedną nominację, więc nie wiem kiedy ukaże się druga część relacji. Wiem, że zdjęcia są średniawej jakości, ale wydaje mi się, że w aparacie wyglądały dużo lepiej i to chyba znów jest wina bloggera. :( Ogólnie napiszcie w komentarzach co o nich sądzicie, co byście w nich zmienili. :)

Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

6 komentarzy :

  1. Przepiękne widoki! Przyroda jest taka piekna! Zazdroszczę Ci tego pobytu, ale cieszę się, że mogłam chociaż zobaczyć zdjęcia z tej wyprawy.

    Tymczasem zapraszam Ciebie na recenzję "My, dzieci z dworca Zoo"
    http://kruczegniazdo94.blogspot.com/2015/07/christine-f-my-dzieci-z-dworca-zoo.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Co ty, fajne zdjęcia :D Może dodawaj je większe? Ja zawsze daję na bloga mega zdjęcia, żeby każdy musiał się przy nich zatrzymać i zobaczyć, jaki to genialny widok!

    O, to kraj dla mnie, nie znoszę herbaty!
    Za to kocham krystaliczna wodę :D
    Ugh, cały dzień jazdy... A ode mnie pewnie wiecej, bo mieszkam bliżej Gdańska niż Warszawy. Tego nie lubię w dalekich podróżach! Ja bym jechała kilka dni, za to zatrzymując się w każdym ładniejszym mieście po drodze!
    Zazdroszę takich fajnych gór..
    pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Słowenia jest piękna, a Twoje zdjęcia ją pięknie prezentują, każde to takie małe cacuszko i gdy się je widzi, już by się chciało przenieść do prezentowanego na nim miejsca :< Ten zegarek jest śliczny!

    http://leonzabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też, Olu, żyję! Piąteczka! :D

    Te Słoweńskie góry są przepiękne! Ogromne i majestatyczne i naprawdę podziwiam, że na takie kolosy się wdrapywałaś! (ja znam tylko polskie górzyska). To musiało być ciekawe mieć za towarzyszy samych pełnoletnich osobników!
    Nie wiedziałam, że są bezherbatkowe kraje, to naprawdę dziwne, no bo, kurcze, herbata to codzienność! A była gorąca czekolada? :D oh. coś wiem o lodowatej wodzie! Masz przed sobą człeka, który przez kilka tygodni pluskał się w lodowatych potokach, nawet, gdy na dworze było zimno. Wędrowna zmienia ludzi! Cieszę się, że udało Ci się pojechać jednak na wędrowną! :D Może nie na taką o jakiej wcześniej myślałaś, ale te pięknie uchwycone widoczki są tego warte!
    Zegarek wyszedł Ci magicznie! :) (tylko zastanawiam się dlaczego nie złapałaś ostrości na konika?). Z tymi aparatami to tak często jest, że oszukują, choć blogger... Ech, ten nasz blogger! Robi, co chce!

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakie ładne są widoki w tej Słowenii! :o Dzięki Tobie dopisałam kolejny kraj do listy miejsc, które chciałabym odwiedzić ^^ Ogólnie uwielbiam góry i wędrówki, chociaż drabinek i kładek nienawidzę, bo to właśnie przez nie nabawiłam się tego głupiego lęku wysokości.
    Według mnie ta woda wcale nie jest czerwona ;)
    Ten zegarek naprawdę fajnie ci wyszedł, chociaż faktycznie trzy ostatnie zdjęcia są zdecydowanie gorszej jakości niż reszta. No cóż, widocznie blogger jak zwykle szaleje :P
    Pozdrawiam
    Tutti

    OdpowiedzUsuń
  6. Napotykając niegdyś zdjęcia Słoweni w internecie stwierdziłam,że to bardzo ładny kraj. Zazdroszczę takiej podróży!
    Zdjęcia są bardzo ładne, szczególnie te z widokiem na góry! Wodospad robi wrażenie takiej krystalicznej wody. Jak chyba każdy, bardzo lubię taką wodę.
    Kraj bez herbat? O nie, to zdecydowanie nie dla mnie, ponieważ u mnie w domu pije się kilka kubków dziennie.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze ♥