18 maja 2015

162. Peter Hollens, cudowne zdjęcia i w ogóle było super!

Hej!
Naprawdę nie wiem czemu ma służyć ta notka, ale bardzo mi się nudzi, a od dawna chciałam wcisnąć gdzieś wszystkie rzeczy, o których będę pisać właśnie dzisiaj, więc w sumie to chyba dobrze, że ją jednak piszę. Jeżeli zrozumiałeś cokolwiek z tego zdania - bądź z siebie dumny.

Ostatni tydzień był chyba jednym z najlepszych tygodni mojego życia w roku szkolnym. Prawie wygrałam konkurs kształcenia słuchu, co znaczenie podwyższa mi ocenę końcową z teorii oraz zespołu wokalnego, a jeśli uda mi się zagrać czerwcowy egzamin przynajmniej na pięć, będę w gronie wyróżnionych uczniów mojej szkoły muzycznej. Niestety pozostaje jeszcze zwykła szkoła, co do której już tak przekonana nie jestem. Wprawdzie nie uczę się źle, ale wydaje mi się, że może mi trochę braknąć do czerwonego paska na świadectwie.

Kolejną sprawą jest Peter Hollens. Pierwszy raz zetknęłam się z nim przy naszym kochanym Baba Yetu, a ostatnio przy okazji wolnych weekendów trochę głębiej zanurzyłam się w jego kanał na YouTubie. Wyobraźcie sobie, że Peter praktycznie we wszystkich swoich coverach wykorzystuje tylko i wyłącznie swój głos, imitując nim instrumenty, co daje naprawdę niesamowity efekt. Wiecie, że uwielbiam śpiew wielogłosowy, więc Petera pokochałam od razu. Niestety ma on żonę, która zresztą też śpiewa, i to równie rewelacyjnie jak mąż.

Na początek posłuchajcie sobie ich wspólnego, cudownego medleya Nędzników, na których ostatnio zresztą znów wróciła mi faza (pozdrawiam Bukwę)


A tutaj razem z naszą kochaną Lindsey Stirling! ^^

Ostatnio miałam okazję brać udział w bardzo ciekawej zbiórce zastępu, która na początku poświęcona być miała zrobieniu zdjęć i wypromowaniu naszych cudownych drużynowych koszulek. Wprawdzie to nie do końca nam wyszło, za to przeszłyśmy prawie sześć kilometrów, a przy okazji znalazłyśmy cudowną łąkę z dmuchawcami, więc jakieś zdjęcia zrobiłyśmy i nagrałyśmy kilka filmików, co w jakiejś minimalnej części zaprezentuję Wam niżej. A koszulki, jak już zrobię zdjęcia, też Wam pokażę.



Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

11 maja 2015

161. Zadyszka z poezją Leśmiana!

Dusiołek - według Leśmiana jest to zmora, dopadająca swe ofiary we śnie. Mój tata ma jednak na ten temat swoją własną teorię i przy tej teorii powstał pieszy rajd górski właśnie o nazwie Dusiołek, który realizujemy od kilku lat. Rajd polega na zdobyciu kilku punktów kontrolnych umieszczonych w odstępach do 10 kilometrów dowolną drogą. Z każdą edycją chętnych jest coraz więcej. Sama mam zamiar kiedyś wziąć udział w Dusiołku jako uczestnik, póki co jednak obstawiam punkty kontrolne, a w tym roku zaprosiłam tam też harcerzy z mojej drużyny.

Był piątek. Coś koło jedenastej w nocy. Razem z Werką byłyśmy dopiero jakoś w połowie zapisywania wpłat uczestników. Wszystko było już prawie dopięte na ostatni guzik i przygotowania dobiegły końca, tak naprawdę wszyscy już spali, żeby następnego dnia mieć jakiekolwiek siły. My skończyłyśmy chwilę po północy, więc szybko się umyłyśmy i nastawiłyśmy budziki na wpół do szóstej.

Jakoś piętnaście po piątej obudził nas jednak mój tata, oznajmiając, iż za pięć minut wyjeżdżamy. Tempo ubierania się, czesania, pakowania i robienia kanapek było rekordowe. Kawy piłyśmy po drodze. Chwilę przed szóstą byłyśmy w bazie rajdu. Już o tej porze zarejestrowaliśmy kilka uczestników gotowych do ruszenia na trasę. Pomagałyśmy w obsłudze ekspresu do kawy, zamiatałyśmy, myłyśmy szklanki, grałyśmy na ukulele, liczyłyśmy dżemy. Ludzi było coraz więcej. Po siódmej dotarły do nas Braśka i Gubi, których szukałyśmy po całym budynku chyba piętnaście minut. Przyjechali także Blada i Burek z Karolem. O ósmej wszyscy zawodnicy wystartowali. Nasza siódemka natomiast usiadła sobie przy stoliku z ukulele i śpiewnikami, czekając na stosowne rozkazy. Ustaliliśmy, że Gubi z Braśką obstawią drugi punkt kontrolny na Klasztorzysku, Karol z Bladą i Burkiem trzeci - na Cietniu, a ja z Weroniką czwarty - na Wierzbanowskiej Górze. Tak też się stało. Podczas gdy nasi harcerze wyruszyli już na swoje punkty, ja z Weroniką spokojnie zjadłyśmy sobie pyszny żurek, przy okazji rozmawiając z Anetą o obozach i jamboree'ach. Pojeździłyśmy sobie też trochę na najwspanialszych na świecie rowerach (funbikes?)! ^^
(po kliknięciu zdjęcia, powiększa się ono)


Chwilę po dziesiątej zawieziono nas na Wierzbanowską Górę i wręczono wszystkie potrzebne karty. Razem z 50 litrami wody dotachałyśmy się do kapliczki. Nie czekałyśmy długo, a już pojawili się pierwsi biegacze. Z czasem przychodziło coraz więcej ludzi. Obok naszego punktu kontrolnego mieszkała samotna pani, która postanowiła zrobić nam przepyszną herbatę i poczęstować ogromnymi porcjami sałatki! Czasami padał deszcz, za chwilę świeciło słońce, wokół latały jakieś czarne robaki, a my siedziałyśmy sobie na ławeczce, zaznaczając uczestnikom karty startowe i wpisując ich na odpowiednie listy. Ludzi było ponad dwieście, do tego baardzo się rozwlekli, więc trzeba było dość długo na niektórych czekać. Przy okazji śpiewałyśmy, robiłyśmy zdjęcia, biegałyśmy, kiedy było nam zimno. Ogólnie to dość szybko to wszystko zleciało. Przesiedziałyśmy tam do wpół do czwartej. Miła samotna pani przygarnęła kilka pustych butelek po wodzie, ponieważ my nie miałyśmy tylu rąk, żeby wziąć wszystkie. Gdy schodziliśmy z Góry, zaczął padać deszcz. Przy okazji dzwoniłam do Gubi i Braśki, które nabrały mnie, że są osobami, które znalazły ten telefon i nie wiedzą jak go zwrócić. xD Brasia tak umiejętnie zmieniła głos, że gdyby w końcu nie zaczęła się ze mnie śmiać, w życiu bym jej nie poznała. xD Po siedemnastej wróciłyśmy do bazy rajdu, gdzie zjadłyśmy jakiś porządniejszy obiad, pobawiłyśmy się trochę z dziećmi z Dusiołka dziecięcego, przy okazji jeżdżąc na tych genialnych rowerach, myjąc szklanki, pomagając obsługiwać ekspres i robiąc mnóstwo innych rzeczy na raz. Blada, Burek i Karol cały czas siedzieli na Cietniu, ponieważ punkt trzeci był równocześnie siódmym - ostatnim. W każdym razie było im tam chyba nawet dobrze - w końcu mieli krzyżówki, ognisko i kiełbaski. Brasia z Gubi siedziały teraz na punkcie szóstym. Nas także wysłano na zmianę - na punkt szósty drugiej trasy. Usiadłyśmy sobie za wierzbą i grałyśmy na ukulele, więc w sumie głównie dzięki temu wszyscy ludzie nas znajdywali. Weronika nauczyła mnie kilku piosenek, ja nauczyłam kilku ją. Przed osiemnastą razem z ostatnimi uczestnikami wróciliśmy do bazy rajdu. Tam było już rozpalone ognisko, prawie wszyscy ludzie siedzieli wokół niego. Oddałyśmy listy oraz karty, po czym dołączyłyśmy do nich. Chwilę później w końcu wrócili Blada i Burek z Karolem, więc wszyscy poszliśmy z nimi jeść obiad. Przy okazji rozkminialiśmy nazwy członków rodziny, czyli np. kim byłby Karol dla siostry żony jego brata. Gdy wszyscy zjedli wróciliśmy do ogniska, gdzie już odbywało się rozdanie nagród. Klaskaliśmy najgłośniej ze wszystkich ludzi, a kiedy przyszła kolej na nagrodzenie osób, które obstawiały punkty (m.in. nas) robiliśmy to już naprawdę głośno. Każdy z nas dostał dyplom oraz słoik dżemu wiśniowego. Brasi bardzo się spieszyło, więc szybko zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia na FanPage'a drużyny, po czym Weronika, Brasia i Gubi wróciły do domu z Bladą i Burkiem, Karol z powodu braku miejsca zabrał się z moim wujkiem, a ja razem z moją mamą i siostrą pojechałam do babci.

Nasze wcale nie rozmazane harcerskie golden seven (?)
Ogólnie cały dzień minął mi bardzo szybko i w świetnej atmosferze. ^^ Wróciłam do domu jak zawsze naprawdę padnięta, ale w żadnym wypadku nie żałuję tego czasu. :D Jeszcze raz dziękuję moim harcerzom za to, że w ogóle chciało się im przyjechać (piszcie w komentarzach jak było ^^) i Panu Czarkowi Jedynakowi za udostępnienie zdjęć (moje jak zawsze są beznadziejne). Jeśli chcecie zobaczyć ich trochę więcej, to zapraszam na bloga Łukasza-Nie-Pana: klik.

Weźcie, proszę, zróbcie coś, żebym czytała więcej książek... Ja naprawdę nie mam pojęcia co się ze mną dzieje, ale porównując moje statystyki z marca i kwietnia do tych z października i listopada, to dzieje się ze mną coś niedobrego... Ratunku! ;-;

Na koniec wrzucę Wam Coś więcej, bo ostatnio bez przerwy lata mi to po głowie. I jestem z siebie dumna, ponieważ już prawie obczaiłam ze słuchu całą przygrywkę identyczną jak w oryginale (a przynajmniej tak brzmi...). Tylko że nie mam z kim tego śpiewać. Więc jak ktoś chce śpiewać ze mną Coś więcej to może przyjeżdżać! Ale zadzwońcie, bo jest duże prawdopodobieństwo, że jak wbijecie bez zapowiedzi to nie będzie mnie w domu.



Mam jutro konkurs kształcenia słuchu, więc trzymajcie kciuki, żebym wylosowała jakieś miejsce blisko fortepianu! I ogólnie, żebym nie zrobiła jakiegoś idiotycznego błędu jak w tamtym roku...

Edit 12.05: właśnie wróciłam z konkursu i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zajęłam drugie miejsce, przy czym pierwsze miał gościu ze słuchem absolutnym, więc jestem z siebie bardzo zadowolona. ^^ Mimo tego, że dostałam kilka naprawdę genialnych rzeczy, najbardziej cieszę się z jednego zeszytu do nut, który jest po prostu stworzony do pisania nut na fortepian! 

Mam nadzieję, że wszystko jest napisane w miarę po polskiemu.

Jeszcze jeden Edit 13.05.: Czy Wy widzieliście making-off z Afery Mayerling w Chorzowie? Czy widzieliście jaki ten koncert był cudowny? Czy widzieliście jacy cudowni są wszyscy wykonawcy Accantusa? Czy widzieliście jakich Accantus ma cudownych fanów? Nie obchodzi mnie gdzie będzie następna Afera i czy będę mieć w tym samym czasie jakieś ważne fakultety! Zobaczycie - ja na nią pojadę! A jak ktoś nie widział makin-off'u,a czy jakkolwiek to się odmienia, to zapraszam tutaj - klik.

No, to pozdrawiam serdecznie!
~Ola