31 marca 2015

156. X Harcerski Bieg Sprawnościowy „Bolek"!

Co to jest Bolek?
Jest to organizowany od dziesięciu lat bieg sprawnościowy poświęcony Stefanowi Mirowskiemu - patronowi mojego hufca. Podczas biegu wykonuje się różne specjalistyczne zadania z zakresu zarówno samarytanki (pierwszej pomocy) i pionierki (budowanie półek i te sprawy), jak i wiedzy harcerskiej oraz wielu innych rzeczy. Bolek był jednym z wielu pseudonimów Mirowskiego, właśnie stąd ta nazwa.

27 marca, piątek
Tak w ogóle to przypomniałam sobie o tym wyjeździe dopiero po powrocie ze szkoły i zjedzeniu obiadu, więc nie miałam zbyt dużo czasu na pakowanie się. Do tego musiałam wydrukować i uzupełnić jeszcze parę papierków oraz dokończyć nasz prezent, który mieliśmy przygotować na Bolka. Na tą imprezę postanowiłam jechać z zuchami, ponieważ ostatnio średnio udaje mi się gdzieś z nimi wyjeżdżać, do tego drużynowej, Magdzie, w piątek wieczorem zaczynał się kurs, więc nie dała rady jechać. Jako opiekuna parolu powołaliśmy więc jej mamę, jako przyboczną - Kasię, która do czynienia z zuchami wcześniej nie miała oraz jako patrolową - mnie. Wspólnie uznaliśmy, że weźmiemy tylko najstarsze zuchy, żeby po prostu nie było z nimi tylu problemów, ponieważ Bolek to dość wymagający biwak.
Chwilę po szesnastej byłam już pod gimnazjum, czekając na zuchy i autokar. Na szczęście Magda odwiozła nas aż do Myślenic, po drodze wyjaśniając wszystko Kasi i mi. Na miejscu zostawiliśmy plecaki na sali gimnastycznej, zakwaterowaliśmy zuchy w ich salach, po czym poszliśmy przywitać się z wszystkimi już przybyłymi. Kiedy większość osób w końcu dotarła do szkoły, wyszliśmy na zewnątrz, gdzie odbyło się meldowanie. Następnie trochę popląsaliśmy, po czym zuchy (ja razem z nimi) udały się na kolację. To było dziwne - jeść kolację tak wcześnie... Po zjedzeniu polecono nam ubrać się w mundury. Kreo poprowadziła krótki kominek o hm. Stefanie Mirowskim. Następnie rozmundurowaliśmy się i udaliśmy na wspólne zajęcia z harcerzami. Uczyliśmy się na nich tańczyć m.in. Belgijkę, której zuchy totalnie nie ogarniały, więc w końcu posadziliśmy je w środku koła, żeby patrzyły, a sami zabraliśmy się za tańczenie. :D Następnie razem z Kasią udałyśmy się na zuchowe pożegnanie dnia, po czym okazało się, że na sali gimnastycznej, gdzie trzymałyśmy wszystkie rzeczy, harcerze mają świeczkowisko, więc trochę głupio było wbijać tam do nich bez mundurów. Pałętając się po szkole natrafiliśmy na Burka, który zdradził nam kawałek swojego punktu na sobotniej grze, którym były azymuty. Żadna z nas tych azymutów wyznaczać nie umiała, więc poprosiliśmy naszego kochanego druha, aby nauczył nas tej cudownej czynności. W życiu nie powiedziałabym, że jest to takie proste. Od zawsze na mojej harcerskiej drodze spotykam się z azymutami i od zawsze uważałam, że jest to czarna magia, której nigdy nie pojmę... Potem Burek musiał już gdzieś iść, a mnie poproszono, żebym poczytała trochę myślenickim zuchom. Kiedy skończyłam, zastałam na korytarzu Zuzę, która za wszelką cenę chciała namówić mnie i Kasię do przyjścia do nich - na salę gimnastyczną. W końcu dałyśmy się namówić i kiedy już tam po cichutku weszłyśmy, co zrobiła pewna genialna osoba? Nadepnęła na jakąś butelkę, przez co wszyscy harcerze siedzący w mundurach w pięknym kręgu w ciemności przy świecach zwrócili swoje oczy i jej kierunku. Tak, dobrze myślicie - to właśnie ja byłam tą genialną osobą. Bardzo głupio czułam się siedząc tam bez munduru, a jeszcze gorzej, kiedy na koniec kazano zgasić świeczkowisko wszystkim przybocznym... W końcu zapalono światło, kominek dobiegł końca, a nam polecono przebrać się w piżamy. Jakieś piętnaście minut później zawiązaliśmy krąg, puściliśmy iskierkę przyjaźni i zaśpiewaliśmy piosenkę na zakończenie dnia (w cichym śnie spocznij już), po czym wszyscy harcerze starsi (w tym ja) wzięli swoje śpiworki oraz karimaty i udali się na górny korytarz z wątpliwym zamiarem pójścia spać. Oglądaliśmy zdjęcia na telefonach, układaliśmy piosenki, a po północy zrobiliśmy Oli, która akurat miała urodziny wielki sms-owy spam życzeniami. A, bo to już była sobota!
Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są autorstwa mamy Magdy.
28 marca, sobota
Gdzieś koło pierwszej w nocy obudziła nas Blada, oznajmiając, że nam współczuje, ale mamy grę nocną. W sumie to trudno powiedzieć, że nas obudziła, bo nie wiem czy ktoś oprócz Kuby spał... W każdym razie zeszliśmy na salę gimnastyczną (brr! jak tam było zimno!), ubraliśmy się jak najcieplej, po czym wyszliśmy na dwór. Kreo poprosiła mnie jeszcze, żebym wróciła do szkoły po jej telefon, w skutek czego musiałam potem nadrobić to biegiem. Podzieliliśmy się na patrole harcerskie, więc ja z Kasią dołączyłyśmy do patrolu dziewczyn z naszej drużyny. Dostaliśmy wiadomość, że musimy znaleźć gościa z młotkiem. Po parku była rozstawiona kadra przebrana za przeróżne postacie, więc minęła spora chwila zanim znalazłyśmy tą właściwą. Cała gra polegała na tym, że ktoś porwał komendantkę hufca, a my musimy ją znaleźć pozyskując informacje od kadry. Na każdym punkcie musieliśmy wykonać jakieś zadanie, aby dostać bolki (kapsle, waluta biwaku) oraz wskazówkę. Chodziliśmy więc tak od lekarza do wampira, dresiarza, biegacza, pirata, kowboja i dziesięciu innych postaci. W końcu u narciarza zdobyliśmy niebieski puzzel, dzięki któremu dowiedzieliśmy się gdzie jest przechowywana druhna komendantka. Reszta patroli już była na miejscu. Okazało się, że druhna komendantka zemdlała i musimy ją przenieść do szkoły... Kiedy w końcu wróciliśmy na miejsce, wszyscy od razu położyli się spać, bo byliśmy naprawdę padnięci. Mimo wszystko była to chyba jedna z najciekawszych gier nocnych, w jakich miałam okazję uczestniczyć. ^^

Pobudka miała miejsce o godzinie 7:30, niestety zuchy wstały duużo wcześniej i przez swoje wrzeszczenie nie za bardzo dawały spać. W każdym razie po wspólnym powitaniu dnia (pamiętajcie - śpiewa się gór, pól, mórz, nie odwrotnie!) harcerze zaczęli się pakować, a ja poszłam z zuchami na śniadanie. Przerwała mi je Vika, informując, iż muszę się spakować wcześniej, bo harcerze chcą już sprzątać górny korytarz. Nie pojadłam sobie więc za dużo... Kiedy w końcu się spakowałam, musiałam pomóc w tej cudownej czynności zuchom. Największe trudności zawsze są ze śpiworami - zuchy nie potrafią ich złożyć w ogóle, do tego przeważnie gubią pokrowce. Gdy wszyscy w końcu skończyli się pakować, chcieliśmy zrobić śpiewogranie, ale nigdzie nie mogliśmy znaleźć gitary, więc urządziliśmy pląsowisko. Chwilę po dzisiątej w końcu wyruszył na bieg pierwszy patrol. My byliśmy czwarci w kolejności i mieliśmy wyjść o 10:25, ale kiedy już byliśmy za bramą, Hania zawołała za nami, że jej patrol miał wyjść o 10:20 i żebyśmy jeszcze chwilę poczekali. Udaliśmy się więc do sklepu, gdzie kupiłam sobie drożdżówkę, bo byłam dosyć głodna... Pierwszym punktem była samarytanka. Tysia przewróciła się jadąc na rowerze i szkło przecięło jej rękę. Jako że tata Kasi jest chirurgiem, ona doskonale wiedziała co trzeba zrobić, dostaliśmy więc maksymalną ilość bolków - 5. Po drodze spotykaliśmy różne zadania dodatkowe takie jak rozwiązywanie krzyżówki czy ułożenie ze swoich ciał jakiegoś napisu. Drugim punktem była pionierka. Na kuchence gazowej musieliśmy usmażyć naleśniki (znaczy na patelni). Pierwszy trochę nam nie wyszedł, bo daliśmy za mało mąki, ale następne trzy były przepyszne (oczywiście dzięki zdolnościom kulinarnym mamy Magdy). ^^ W plecakach zuchów znaleźliśmy Nutellę i mandarynki, co w połączeniu dało naprawdę smaczny efekt. :D Blada także dała nam pięć bolków. Następnie zielonym szlakiem udaliśmy się na Chełm. Mi szło się bardzo dobrze, zuchom niestety trochę gorzej, więc musiałam je przez niektóre odcinki za sobą ciągnąć. Wśród zadań dodatkowych, na które się natknęliśmy było wypisanie jak największej ilości wyrazów na literę i, podanie rodzajów drużyn specjalnościowych i rozszyfrowanie pięciolinijkowej wiadomości. Następnym punktem był punkt druhny Justyny (była drużynowa Zośki). Pierwszym zadaniem było jak najszybsze prawidłowe spakowanie plecaka. Wyszło nam to całkiem nieźle, ale z następnym zadaniem nie było już tak super. Musieliśmy związać swoje nogi i przejść do danego punktu tam i z powrotem. Do ostatniego zadania wytypowaliśmy Kamilę i Zuzię, których zadaniem było rzucić jak najdalej butem. Tutaj dostaliśmy niestety tylko trzy bolki. W drodze do kolejnego punktu napotkaliśmy takie zadania jak szyfrowanie danych punktów Prawa Zucha czy podanie członków Bandy Czworga, do której należał Stefan Mirowski. Tak oto dotarliśmy do Burka i azymutów! Na początek musieliśmy wykazać się znajomością obsługiwania mapy i wypisać kilka najważniejszych połonin i szczytów Bieszczad. Następnie przyszła kolej właśnie na azymuty, czym zajęła się Kasia, bo ogromnie się jej to spodobało. :D Tutaj również dostaliśmy pięć bolków. Zaraz obok były kolejne dwa punkty - strzelanie z łuku oraz musztra. Przy łuku dostaliśmy cztery bolki, a przy musztrze - pięć. Następnie bardzo długo szliśmy zielonym szlakiem, wykonując różne zadania dodatkowe. Trochę się spieszyliśmy, bo było już po piętnastej, więc wykonywaliśmy je trochę niedokładnie (naprawdę nie wiem jak organizatorzy potem doczytali się co ja na tej karcie zadań nabazgrałam). W końcu chwilę po siedemnastej dotarliśmy do ogniska, gdzie już czekały patrole, które skończyły grę wcześniej. Byłam okropnie głodna, więc wydawało mi się, że moja kiełbaska piecze się strasznie długo. Oddałam kartę z zadaniami do Kreo, po czym wylosowałam patrol, któremu mieliśmy dać nasz prezent - świecznik z drewnianych spinaczy z cytatami harcerskimi i waniliową świeczką w środku. ^^ Tymi szczęśliwcami stali się harcerze starsi z Wyśrubowanego Peipera. Nas niestety nikt nie wylosował, ale mam nadzieję, że kiedyś dostaniemy jakiś prezent. :D Kiedy wszystkie patrole z naszego szczepu wróciły, oddały karty, zjadły kiełbaski i podarowały prezenty, wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy do domu. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze po duże plecaki. Chwilę przed dziewiętnastą byłam w domu.
Robimy naleśniki! ^^
No, było trochę błota. Przy okazji możecie zobaczyć moje cudowne nowe trepy (takie biało-zielone). ^^
Jedno z zadań dodatkowych. :D
Punkt Burka z azymutami i orientacją w terenie.
W poniedziałek spokojnie jadłam sobie kolację, gdy nagle zadzwoniła do mnie Weronika. Kiedy dotarło do mnie co powiedziała, prawie rozpłakałam się ze szczęścia. Weszłam na FanPage'a hufca, a tam wszystko się potwierdziło - patrol moich zuchów pokonał w bolkowej rywalizacji wszystkie zuchy, harcerzy i harcerzy starszych. Wygraliśmy. Całkowicie się tego nie spodziewałam, w końcu nie było tam z nami Magdy, poza tym byłam pewna, że większość zadań wykonaliśmy źle. Przez cały wieczór byłam ogromnie szczęśliwa. ^^

Czy Wy widzicie tą cudowną nazwę przy I miejscu
A tutaj kilka bolkowych ciekawostek, które przygotował nasz hufiec. :)





Mam wrażenie, że ta notka wyszła mi okropnie chaotycznie oraz beznadziejnie pod względem gramatycznym i pewnie nie zrozumieliście z niej nic, ale mam nadzieję, że aż tak źle nie jest.
Przygotowałam dla Was krótką ankietę dotyczącą mojego bloga. Chciałabym się dowiedzieć co sądzicie o wszystkich kwestiach, które tam poruszyłam, więc zapraszam do wypełniania - klik.
Na koniec pochwalę się Wam cudowną koszulką, którą dostałam w rocznicę Akcji pod Arsenałem! 


Tak, wiem, jakość mikrofalówki

I coś do posłuchania. ^^



Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

20 marca 2015

155. Konkursowo! :)

Hej!
Tak! To właśnie dzisiaj przyszedł ten wyczekiwany dzień, w którym mam zamiar ogłosić wyniki konkursu z okazji drugich urodzin mojego bloga!
Na wstępie chciałabym bardzo podziękować tym cudownym czterem osobom, którym chciało się wymyślić cośkolwiek na ten konkurs. Jestem pod wielkim wrażeniem Waszych prac, nie spodziewałam się, że ktoś weźmie to tak bardzo na poważnie... W ogóle nie spodziewałam się, że ktoś się zgłosi. :D
Wszystkie prace były naprawdę genialne, ale razem z Bry uznałyśmy, że szczególnie wyróżnimy jedno opowiadanie, którego autorką jest Pola, której za to opowiadanie baardzo dziękuję ♥ .Zapraszam do czytania! ^^


Pielgrzym przystanął na chwilę, wspierając się na swoim wielkim kiju (szczęśliwie znalezionym i przywłaszczonym w jednym z gęstych lasów). Próbował uspokoić oddech, przyspieszony przez szybki marsz. 
Odpoczywał tak przez chwilę, starając się zignorować zmęczenie, które dawało mu się porządnie we znaki. Musiał iść dalej. Wiedział, że w pobliżu nie jest bezpiecznie, jak to w podróży. Poza tym, gdyby się zatrzymał, prawdopodobnie już by nie wstał. Powinien znaleźć jakieś dobre miejsce, aby w nim zostać na dłużej.
Ha, łatwo powiedzieć. Wykonać trudniej. 
Pielgrzym wyjął zza pasa mocno już sfatygowaną, pożółkłą ze staroci mapę, na której widniał wielki napis „BLOGOSFERA”. Starł wielką plamę po keczupie (jednoczesne szukanie drogi i wcinanie kiełbasek to jednak nie był dobry pomysł) i przyjrzał się krytycznie świstkowi papieru.
Nie potrafił zidentyfikować miejsca, w którym właśnie stał. Możliwe, że był to szlak pomiędzy blogami o harcerstwie i muzyce. A może jednak droga przy blogach lifestylowych? Nie wiedział. Nic dziwnego, skoro wokoło rozciągało się pustkowie. Wiatr targał bezlitośnie gęstą, zieloną trawę i uparcie gonił po niebie ociężałe chmury w niebezpiecznie ciemnym kolorze. 
Nieszczęsny Pielgrzym westchnął ciężko i na wszelki wypadek rozejrzał się raz jeszcze. Poza falującymi łąkami nadal nie widział jednak nic. 
Cudownie. Zgubił się.
Wlepił oczy w mapę, właściwie nie wiadomo czego szukając. Błądził wzrokiem po papierze, czytając liczne nazwy blogów i blogasków. 
Nagle ze zgrozą zauważył niewielki punkcik podpisany jako „Równina Usuniętych Blogów”. 
Czyżby trafił właśnie tutaj? 
Na to wyglądało.
Nie zdołał powstrzymać rozpaczliwego jęku. 
Słyszał o Równinie Usuniętych Blogów nie raz. Nie było to miejsce niebezpieczne, ale wyjątkowo rozległe. I puste. Zupełnie puste.
Pielgrzym wypuścił ze świstem powietrze.
No dobra! Trzeba wziąć się w garść. Postanowił ruszyć przed siebie (właściwie to nie miał innego wyjścia). Wmawiając sobie, że panuje nad sytuacją i wie, co robić, ruszył miarowym tempem na wprost. 
Szedł tak długo, że stracił już nawet poczucie czasu. A droga, wijąca się zakrętasami niczym brązowa wstęga upuszczona wśród zielonych traw, uparcie się nie kończyła.
Dzielnego, chociaż już mocno zniechęconego wędrowca, porządnie rozbolały nogi. Buty, które dotąd wydawały się idealnie dopasowane, zaczęły go obcierać. Zjadł już całą paczkę suszonych moreli, ale nadal czuł głód. Zrobiło mu się zimno. Zapasy wody powoli, ale jednak, kończyły się.
-Hej!- powiedział na głos, próbując dodać sobie otuchy. –Nie jest tak źle… zawsze mogło być gorzej! 
Jakby zachęcony tymi słowami, z chmur lunął deszcz.
A Pielgrzym szedł (bo też cóż innego mógł zrobić). 
Woda chlupotała mu w skarpetkach (jak na ironię, była to ostatnia czysta para), woda ciekła mu po twarzy, woda dostawała mu się do ust. 
-Już chyba nie mogło być gorzej- wymamrotał.
W oddali zagrzmiało. 
Podróżnik przyspieszył kroku, przeklinając  pod nosem.
 Nagle w oddali coś dostrzegł. 
Coś, co nie wyglądało na trawę, a to już samo w sobie było pokrzepiające.
Im bardziej zmniejszał dystans, tym wyraźniej dostrzegał kształt tajemniczej rzeczy.
Drogowskaz! 
Przyspieszył kroku. Niemal utopił buta w kałuży, kilka razy się potknął, ale nie ustawał, zdeterminowany, aby wydostać się z równiny. 
Wreszcie dotarł na miejsce i ujrzał drewniany drogowskaz w całej swej okazałości. Przez deszcz zdołał dostrzec napis: „Nasz i herbatki świat” namalowany kolorowymi literami. Obok widniał prosty rysunek przedstawiający czerwony kubeczek z parującym napojem. 
Hm. 
Herbata. Gorąca herbata. 
O tak.
Pełen nadziei i nowego zapału, ruszył w kierunku, który wskazywał drogowskaz. 
Im dalej  posuwał się Pielgrzym, tym mniejszy robił się deszcz. Z przerażającej ulewy, godnej tej zesłanej za burzliwych czasów Noego, zamienił się w mżawkę, kapuśniaczek, a później już zupełnie ustał. Mało tego, zza ciemnych chmur zaczęło nieśmiało zerkać słońce.
Po chwili z oddali wyłoniło się pierwsze drzewo. A później kolejne. I jeszcze kolejne. Drzew zrobiło się już po jakimś czasie całkiem sporo. 
Równina się skończyła.
Pielgrzym zauważył w oddali wysokie, majestatyczne góry. No proszę, właściciel herbatkowego świata jest też miłośnikiem wspinaczki, skoro wykreował sobie takie, a nie inne miejsce. 
Zaledwie po kilku minutach dotarł na miejsce.
Rozciągała się przed nim rozległa, zalana słońcem dolina, w której…
Podróżnik po blogosferze zamrugał.
Miał przed sobą czajniki.
Kolorowe czajniki.
Bardzo dużo kolorowych czajników.
Właściwie była to czajnikowa kolonia. 
Pielgrzyma na chwilę zatkało. Doszedł jednak do wniosku, że wygląda to owszem, nietypowo, ale również naprawdę ładnie. 
Ruszył więc dzielnie przed siebie, już nieźle zaintrygowany. 
Już po chwili szedł wolnym krokiem między niewielkimi, uroczymi uliczkami, oglądając czajniczki we wszystkich kolorach tęczy. Nie tylko jednak to znajdowało się w tym miejscu. Pielgrzym mijał rozwieszone wszędzie przepiękne zdjęcia i obrazki pochodzące ze strony We Heart It. Widział też jednak mnóstwo tablic z fotografiami najwyraźniej wykonanymi przez właścicielkę „Herbatki” (domyślił się już, że jest to blogerka). Jakieś biwaki, obozy, imprezy. Sporo osób w mundurach harcerskich. Pielgrzym przy niektórych zdjęciach przystawał, czytając opisy danych wydarzeń. Przy większości tak się zainteresował, że nie przestawał czytać dopóki nie skończył, tworząc w pojedynczych miejscach miniaturowe kałuże. Poznał więc historie ,,Herby z cytrą”, rozpoczęcia roku szkolnego, wycieczek, przekazywania światła, musicalu w szkole, rozmaitych występów muzycznych, poznał opinie blogerki na wiele tematów. 
Oprócz niego „Herbatkę” zwiedzało sporo innych podróżników po blogosferze. Zerkali co chwila na niego z lekkim zdumieniem, a także potępieniem. W sumie nic dziwnego. Cały ociekał wodą i pozostawiał po sobie niewielkie strumyczki na ziemi. 
„Nasz i herbatki świat” bynajmniej nie był miejscem cichym. Cały czas leciała muzyka, lekka, przyjemna dla ucha, czasem nieco nostalgiczna. Dużo dobrych wokali, oryginalnych głosów. Dominowało Studio Accantus. Pielgrzym znał niektóre piosenki, ale musiał przyznać, że wielu nie słyszał nigdy. Poznawał więc rozmaite utwory, spacerując ciasnymi, słonecznymi uliczkami i coraz więcej dowiadując się o właścicielce herbatkowego bloga. Dotarł do dużego regału z książkami. Zaczął oglądać rozmaite pozycje. „Harry Potter”, „Percy Jackson”, „Opowieści z Narnii”, „Jeżycjada”, „Igrzyska śmierci”, „Niezgodna”, „Magiczne drzewo”, książki Carlosa Ruiza Zafona. Uśmiechnął się z uznaniem. Pobuszował trochę w książkach (nie mógł się powstrzymać). Dopiero po dłuższej chwili ruszył dalej. Ujrzał  mnóstwo kolorowych rowerów, a obok niego wielki kosz wypełniony słoikami nutelli. W sumie to kusiło go, żeby wziąć jeden słoik, ale uznał, że może później. Niektórzy bez zażenowania sięgali po czekoladowy krem, a co ciekawe, koszyk cały czas pozostawał pełen.
No proszę, proszę. Magia! Pielgrzym uśmiechnął mu się. Lubił magię. I lubił nutellę. 
Usłyszał pierwsze dźwięki muzyki z „Władcy pierścieni”. Mimowolnie zaczął nucić pod nosem. 
Dotarł do szklanych gablotek przy niebieskim czajniczku. Przyczepiona do błękitnej ściany tabliczka głosiła, że oto przybysze mają zaszczyt oglądać „Instrumentalną rodzinkę”. W gablotach leżały rozmaite instrumenty z przyczepionymi karteczkami. W tej sposób wędrowiec poznał flet poprzeczny o imieniu Grześ, dwie gitary- Tosię i Hankę, Marakasa i najnowszy nabytek- ukulele nazwane Rysiem. 
Jego ubranie zaczynało wysychać. Nareszcie. Miał serdecznie dosyć bycia miniaturową fontanną. 
Zauważył stoisko z kubkami w rozmaite wzory. Wziął jeden do ręki, zastanawiając się, gdzie może dostać herbatę. Ku jego zdziwieniu jednak, napój sam pojawił się w naczyniu. Powąchał ostrożnie. 
Nie. To niemożliwe.
Jak to się stało?
W kubku znajdowała się jego ulubiona herbata- pomarańczowa, z cynamonem, goździkami. Upił łyk. Ku jego zdumieniu, nie dość, że napój smakował wyśmienicie, po prostu idealnie, to jeszcze był taki, jaki lubił najbardziej- ciepły, ale nie gorący. Perfekcyjny.
Pielgrzym uszył dalej, popijając herbatę i dostrzegając, że niektórzy też niosą swoje kubeczki. Jednak każdy pił inny rodzaj naparu. Ktoś miał go z dodatkiem soku malinowego, ktoś cytryny, ktoś mięty… 
Dla każdego coś dobrego.
Pielgrzym dostrzegł drogowskaz, który głosił, że kierując się na prawo, dotrze do najnowszego posta. Ruszył więc, pełen zapału, przy akompaniamencie muzyki z „Zaplątanych”. 
W końcu osiągnął swój cel. Na placyku między czajnikami, stała uśmiechnięta blondynka w mundurze harcerskim i plakietką, która głosiła, że prowadzi Nasz i Herbatki Świat jako Kolorowe Stworzonko. Na ławeczkach siedziały najróżniejsze osoby. 
Pielgrzym rozejrzał się z zaciekawieniem. Zauważył kilka drewnianych drogowskazów, które prowadziły do miejsc takich jak „O mnie”, „Było, minęło” czy „Księga spamu”. Na tablicy przy fioletowym czajniczku widniała lista Obserwatorów bloga. O, no proszę, aż sto dziesięć. Na podróżniku zrobiło to spore wrażenie. 
W końcu usiadł na jednej z ławeczce, ciekawy, o czym tym razem się dowie.
Kolorowe Stworzonko zaczęła opowiadać… 

Z Polą będę się jeszcze kontaktować mailowo w kwestii nagrody. ;)
A teraz chciałabym przedstawić Wam resztę cudownych prac, które do mnie nadeszły. Było tam jeszcze jedno opowiadanie autorstwa Jess, które również ogromnie mi się spodobało. ^^


Podeszła wolnym krokiem do stołu, cicho odsunęła krzesło i usiadła. Dłonie zacisnęła na gorącej jeszcze filiżance ze świeżo zaparzoną herbatą. Uśmiechnęła się lekko. Herbatka. Tak, pamiętała te czasy, kiedy jeszcze miała Internet. Kiedy mogła wchodzić na blog przewspaniałej Oli i czytać o jej przeżyciach. Słuchać Studia Accantus i innych wykonawców, którzy znajdowali się na końcu postów Oli. Blog nazywał się „Nasz i herbatki świat”. Jej usta bezwiednie wypowiedziały tę nazwę na głos, cichym szeptem. Zamknęła oczy i od razu w jej umyśle pojawił się Pan Brokuł, Rysio, reinbołowy tort, narty i wiele innych zdjęć wstawianych przez Olę. Otworzyła oczy i głęboko westchnęła. Tak, to były czasy. Kiedy mogła sobie siedzieć przed komputerem i czytać blogi, grać w gry, siedzieć na Facebooku. Pisać własnego bloga! Tak, kiedyś go miała. Lecz teraz wywieźli ją w najdalszy zakątek ziemi, zostawili w drewnianym domu, bez światła, ogrzewania, prądu, Internetu i radź sobie dziewczyno! Spojrzała na migający płomień świecy na stole. Niby dużo ją to nauczyło, ale tęskniła za blogiem Oli. Za tym najbardziej. Zawsze z niecierpliwością czekała na nowy post, a jak był długi to dopiero! Pełnia szczęścia. Nie dało się jej odciągnąć od komputera, póki nie skończyła i nie skomentowała. Zaśmiała się teraz w głos, sama zbytnio nie wiedząc czemu. Ciekawe doświadczenie życiowe. Ta, na pewno. Już sobie wyobrażała jak wyglądają ostatnie dni jej życia. Siedzi w domku, w kącie i ostatnim jej widokiem jest wszechogarniająca ciemność, a ostatnimi słowami: „Skończyły mi się świece.”. Westchnęła głęboko i upiła łyk ciepłej już herbaty. Skrzywiła się. Kompletnie zapomniała jej pić. Jednak nie dawało jej spokoju wspomnienie bloga Oli. Nagle ją olśniło (o ile jest to możliwe w pomieszczeniu w ¾ wypełnionym mrokiem). Delikatnie odłożyła filiżankę na stół, cicho wstała, wzięła święcę i poszła do innego pomieszczenia.  Wyszukała to, co chciała i wróciła do stołu. „Zacofanie” – przemknęło jej przez myśl.
- A cichaj tam – mruknęła, biorąc pióro do ręki. Zamoczyła je w atramencie i zaczęła pisać: „Droga Olu…”
Pewnie nigdy tego nie wyśle. A już tym bardziej nigdy nie dojdzie. Ale pisanie tego listu dało jej poczucie jakiejkolwiek więzi z Olą. Z Kolorowym Stworzonkiem.

Oraz dwa przepiękne rysunki, po lewej wykonany przez Bukowinę, a po prawej przez Tutti. Nawet nie wiecie ile bym dała, żeby potrafić stworzyć takie coś. ^^



















Na koniec podziękowania:
- za to, że ktoś w ogóle zgłosił się na konkurs, bo naprawdę nie myślałam, że chociaż jedna osoba weźmie to na serio
- Bukowinie, Tutti, Jess i Poli za te mistrzowskie prace
- wszystkim prawdziwym obserwatorom za to, że jesteście ze mną już te dwa lata
- Bry, za to, że mi pomogła w wyborze, bo był naprawdę ciężki
- za wszystkie słowa pocieszenia co do aparatu pod ostatnim postem. Mieliście rację - już się przyzwyczaiłam i funkcjonuję prawie normalnie! ^^

Na koniec piosenka, w której jestem ostatnio zakochana  ♥. Nauczyłam się jej nawet grać na wszystkim, co posiadam w domu (tak! na pianinie też! ^^) i kiedy tylko mam chwilę wolnego czasu, to od razu biorę którykolwiek z moich kochanych instrumentów (najczęściej jest to jednak ukulele) i sobie śpiewam. ^^ Mam zamiar nauczyć się tego jeszcze po angielsku. xD

Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

13 marca 2015

154. „W harcerstwie zakochaj się jeszcze raz!" ♥

Hej!
Na samym początku przepraszam, że przez ten tydzień, a może nawet i dłużej, w ogóle nie widać mnie było w blogosferze. :( Ostatnio nie mam nawet czasu na ćwiczenie na flecie... A czemu mnie nie było? W większość dni zaraz po szkole gdzieś jechałam i wracałam dość późno, do tego byłam totalnie wyczerpana, więc często odrabiałam lekcje i uczyłam się po prosu rano, a żeby cokolwiek napisać/skomentować albo choćby przeczytać, nie miałam czasu w ogóle. :(
Wstawiam hobbitowe drzewko bonsai z weheartit, bo nie wiem co napisać.
To ja może zacznę od jeszcze jednego wyjaśnienia, bo nie pamiętam, żebym kiedyś o tym tutaj pisała. Otóż drużyna harcerska, do której należę, jakoś w styczniu miała mieć coś w stylu recitalu (?), niestety z bardzo przykrych powodów, musieliśmy to śpiewogranie odwołać.

Postanowiliśmy jednak powrócić z tą akcją, wdzięcznie zatytułowaną Wiosenne Śpiewogranie 12 marca, w czwartek. Tak się jakoś super złożyło, że dzień wcześniej założyli mi na górne zęby i to od tyłu aparat ortodontyczny! I właśnie przez to cudowne coś, co ma wyprostować mój zgryz, język nie drga tak, jak powinien, w skutek czego nie jestem w stanie wypowiedzieć cz, sz, r i jeszcze kilku głosek. Mam nadzieję, że się do tego przyzwyczaję i będę mówiła normalnie, ale póki co nie brzmi to najlepiej... I nie brzmiało najlepiej w czwartek...

W środę wieczorem w końcu znalazłam chwilę, żeby przećwiczyć na ukulele wszystkie piosenki, które miałam grać. Oczywiście przegrywając sobie wszystko po kolei, co chwilę pisałam do Bladej z pytaniami typu „W jakiej tonacji gramy 'Harcerkę'?" albo „Robimy przerwy między refrenami w 'Wieczornym Śpiewograniu'?". Potem okazało się, że z moim kochanym telefonem stało się coś dziwnego i wszystkie wiadomości wysłały się po dwa razy -_-. Rozpisałam sobie wszystkie chwyty, jeszcze chwilę poćwiczyłam na flecie, a następnie próbowałam zrobić coś z moją piękną dykcją, ale niestety nie wiele to dało.

W czwartek nie poszłam do szkoły. Wszystkie zęby okropnie mnie bolały, do tego nikt pewnie by mnie nie zrozumiał, no i nie dałam rady jeść. Same świetne wiadomości jak na dzień, w którym występujesz publicznie i chcesz wypaść jak najlepiej... W każdym razie spokojnie odrobiłam angielski i matematykę. Pograłam sobie na dwa głosy na flecie z samą sobą (w końcu kiedy nareszcie nauczyłam się śpiewać przy graniu, nie można tego zmarnować! ^^), poćwiczyłam jeszcze na ukulele i chciałam zmienić struny w gitarze, ale jakoś tak wyszło, że jednak nie zmieniłam... Za to poczytałam sobie trochę Waszych postów, kilka nawet udało mi się skomentować. Obejrzałam ostatni odcinek Śnieżynki, nowe nagranie Studia Accantus. Mój brat chciał, żebym nauczyła go śpiewać gamę F, ale po jakimś czasie uznaliśmy, że to jednak głupi pomysł...

Wpół do siedemnastej stanęłam przed lustrem w moim cudownym mundurze. Ręce okropnie mi się trzęsły. Odczepiłam zielony sznur i zmieniłam chustę. Spakowałam ukulele, śpiewniki i grzechotki, po czym udałam się do biblioteki. Na miejscu była już Blada, Vika i parę innych osób. Powiesiłam kurtkę na wieszaku i zaczęłam stroić ukulele. Nagle zobaczyłam w drzwiach biblioteki moje kochane zuchy! Wiki i ja na koszt śpiewogrania musiałyśmy zrezygnować ze zbiórki zuchowej, więc bardzo ucieszyłam się kiedy zobaczyłam Michałka, Zosię i całą resztę gromadki. ^^ Kiedy widownia była już prawie pełna, uznaliśmy, że zaczniemy. Usiadłam przy stoliku, na krześle, obok Bladej, podczas gdy reszta harcerzy klapnęła na pufach. Zaczęliśmy 'Śpiewograniem' i tak po kolei śpiewająco płynęliśmy po strofach piosenek. Słyszałam tylko i wyłącznie ukulele, gitarę Bladej oraz jej i mój głos. Nic poza tym. Miejscami myliły nam się chwyty, źle wchodziłyśmy, a potem śmiałyśmy się do siebie podczas śpiewania, ale ogólnie wychodziło całkiem ładnie. :D Wykonaliśmy piosenki za równo harcerskie, wesołe jak i te trochę smutniejsze. Skończyliśmy pięknym 'Wieczornym Śpiewograniem'. Ukłoniliśmy się, dyrektor biblioteki nam podziękował, a zuchy wręczyły nam tulipany . Na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe selfie, zawiązaliśmy krąg, puściliśmy Iskierkę Przyjaźni, po czym rozeszliśmy się do domów. Wiecie co najbardziej mnie zaskoczyło? Kiedy byłam już przy wyjściu z budynku, jakaś pani podbiegła do mnie... i poprosiła o autograf. Ogromnie się zdziwiłam, kiedy zaczęła mówić, że nas podziwia oraz ma nadzieję, że niedługo wydamy jakąś płytę. Totalnie nie wiedziałam co mam jej odpowiedzieć, bo pierwszy raz w życiu spotkałam się z taką sytuacją...





Wróciłam do domu ogromnie szczęśliwa. Nawet nie potrafię określić dlaczego. Chyba po prostu jest coś magicznego w śpiewaniu cudownych piosenek, które coś dla nas znaczą razem z wyjątkowymi osobami, z przyjaciółmi-harcerzami. Ta magia sprawia, że nagle wszystko jest radosne i nic nie może tego zepsuć. Oby takich chwil było jak najwięcej! ^^

PS Miałam dzisiaj okazję uczestniczyć w bardzo oryginalnej drodze krzyżowej (tak, od początku Wielkiego Postu w końcu udało mi się pójść na drogę krzyżową!). Prowadziła ją chyba grupa apostolska. Na początku rozdali wszystkim ludziom teksty piosenek, a przy kolejnych stacjach albo je śpiewali, albo recytowali wiersze, albo czytali historie związane z daną stacją. ^^

PSS Przypominam o konkursie! W niedzielę upływa termin nadsyłania prac (?). Szczegóły macie tutaj - klik.

PSSS Dziękuję za 204 wyświetlenia (na tą chwilę) ostatniej relacji z biwaku starszoharcerskiego  . Dla porównania - więcej ma tylko 'Potęga bajek Disney'a', więc jestem pod wielkim wrażeniem. ^^

Pozdrawiam serdecznie!
~Ola



1 marca 2015

153. Końskie samoloty i bojlery indygo!

25 lutego, środa
Mniej-więcej około godziny 12 w południe w końcu zaczęłam się pakować. Przeważnie robię to już kilka dni wcześniej, ale ostatnio jakoś nie miałam czasu i po prostu mi się nie chciało. Efekt końcowy tego pakowania był taki, że o 14:30 do samochodu taty Gabi załadowałam mój wielgachny plecak z przytroczoną karimatą i Panem Brokułem, mały plecak z rzeczami, które nie zmieściły mi się do tego dużego, pełny mundur na wieszaku i ukulele. Chwilę przed 15 dojechaliśmy do cudownej szkoły w Porębie. Prawie wszyscy już tam byli, więc tylko zostawiłyśmy w sali plecaki i razem z resztą harcerzy udaliśmy się na salę gimnastyczną. Tam Blada wyprawiła nam kazanie na temat zgód rodziców na wyjazd, ponieważ były osoby, których zgoda była pomięta, nie było na niej umieszczonego imienia i nazwiska biwakowicza lub po prostu w ogóle jej nie było. Następnie rozpoczęła się dyskusja na temat tego, czy zastępy mają być mieszane, czy nie. W końcu udało nam się przekonać kadrę i tak oto trafiłam do cudownego zastępu, w którego skład oprócz mnie wchodziła Kasia, Krzysiek i Kuba, którego właśnie wybraliśmy na zastępowego. Na sam początek każda grupka losowała 3 karteczki, na których były napisane różne słowa, przy pomocy których trzeba było wymyślić scenkę. Co znalazło się na karteczkach mojego zastępu? Kłótnia, koń, łaźnia. Dosyć długo układaliśmy wszelkiego rodzaju scenariusze, aż w końcu uznaliśmy, że to nie ma sensu i będziemy improwizować. W efekcie końcowym na prezentacji wszystkich zastępów nasza scenka wyglądała następująco: ja i Kasia wchodziłyśmy do rzekomej łaźni, kłócąc się o to, która pierwsza pójdzie pod prysznic. Nagle w łaźni pojawił się koń (Kuba i Krzysiek z kartką, na której widniał napis koń). Zaczęłyśmy więc kłócić się z koniem o to, że nie mógł tutaj wejść, a kiedy nam odpowiedział, kłóciliśmy się o to, że przecież nie potrafi mówić. Potem koń nagle zniknął, więc Kasia i ja zaczęłyśmy kłócić się o to, jak on tędy wyszedł, aż w końcu znów się pojawił na co my zareagowałyśmy czymś w typie „O! Jest koń! Możemy iść się myć!". W porównaniu do innych, przemyślanych scenek innych zastępów, wypadliśmy naprawdę źle... Jako że próbnych kartek z napisem koń było mnóstwo, nasza czwóreczka zaczęła robić z nich samolociki! Z okazji, że samoloty moje i Krzyśka były dosyć koślawe i dziwacznie nurkowały, Kuba uznał, że latają jak konie...
Chwilę przed kolacją polecono nam wymyślić nazwy zastępów związane z obrzędowością zimowiska - starożytnym Rzymem. I w tym momencie na chwilę pożałowałam, że trafiłam właśnie do tego zastępu. Wszyscy wymyślali nazwy typu Tantum Verde, a nasza brzmiała następująco: Kłócące Się Starorzymskie Samoloty Końskie Pod Pędzącym, Pustynnym, Podmokłym Prysznicem, czyli w skrócie KSSSKPPPPP. Na początku nie chciałam się zgodzić, ale demokracja sprawiła, że przegrałam.
Po kolacji ogłoszono wyniki scenki i o dziwo znaleźliśmy się na pierwszym miejscu. W nagrodę dostaliśmy talon na jedzenie słodyczy oraz pisiont bladencji. Tak - bladencji. W końcu porządne zimowisko musi mieć własną walutę. Nasze monety zaprojektował mistrz gimpa - Karol.
Polecono nam włożyć mundury i udać się na kominek. Na początku po kolei podążaliśmy za świeczkami na salę gimnastyczną, czytając po drodze różne cytaty. Na sali każdy ściągnął chustę, po czym związaliśmy je wszystkie supełkami. Ostatnie dotarły do nas Ola i Kasia, które są w naszej drużynie od niedawna. Oczy miały zawiązane swoimi starymi chustami, ale nowe już na nie czekały. W końcu pozwoliłyśmy im rozwiązać oczy i założyć nasze barwy. Następnie graliśmy w bardzo ciekawą grę. Każdy na trzech karteczkach pisał jakieś przedmioty typu skrzypce albo okno, po czym Vika pomieszała to wszystko w menażce. Odliczyliśmy tak, żeby dobrać się parami i tym oto cudownym sposobem trafiłam do pary z Olkiem. Były trzy rundy. Każdy miał 30 sekund, w ciągu których musiał po kolei losować kartki i a) w pierwszej rundzie jakoś opisać słowa, które się na nich znajdowały b) w rundzie drugiej opisać je tylko jednym słowem c) w rundzie trzeciej pokazać je na migi. Sorry, nie umiem tłumaczyć. Najlepsze było to, że nie wszyscy wiedzieli co to jest indygo lub autonomia (tak, znalazły się osoby, które napisały takie rzeczy), więc zdarzały się sytuacje takie jak kiedy w rundzie drugiej Vika na hasło Koptusia niebieski odpowiedziała bojler. Na końcu gry podliczyliśmy punkty i kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności wygrałam właśnie ja z Olkiem. Dostaliśmy po dwaścia bladencji. Po kominku umyliśmy się, przebraliśmy w piżamy, po czym zaśpiewaliśmy piosenkę na zakończenie dnia i poszliśmy spać. Zawieranie trzech godzin w jednym zdaniu zawsze spoko.
Dwaścia bladencji. Przepraszam za jakość, ale zgubiłam gdzieś mój portfelik i nie mogłam zrobić lepszego zdjęcia. :(
26 lutego, czwartek
Zostaliśmy brutalnie obudzeni gwizdkiem gdzieś koło godziny siódmej. Ubrałam buty i powoli zawlokłam się na korytarz. Zaśpiewaliśmy piosenkę na powitania dnia (właśnie uświadomiłam sobie, że to brzmi jakbyśmy byli jakimiś Indianami...), po czym udaliśmy się na rozgrzewkę. Po śniadaniu dostaliśmy chwilę na ubranie i umycie się. Ten dzień miał być dniem naszych zajęć, więc zaczęliśmy go od gry Karola i Wojnar. Na początku szyliśmy portfele, w których mieliśmy trzymać nasze bladencje. Następnie udzielaliśmy pomocy Vice, która przy pożarze złamała nogę i rozwaliła głowę. W sumie żadne z nas w pierwszej pomocy nie orientowało się zbyt dobrze, ale wspólnymi siłami jakoś daliśmy radę. Wyznaczaliśmy też azymut (to już nam totalnie nie wyszło) i graliśmy w Raz, dwa trzy, baba jaga patrzy. Kolejnymi zajęciami był quiz wiedzy prowadzony przez Kubę, Dominikę i Olka. Były trzy kategorie pytań: ogólne, harcerskie i piekielne. Mojemu zastępowi w sumie też nie poszło tu najlepiej... Po quizie przyjechał obiad! ^^ Zjedliśmy sobie kotlety z ziemniakami i surówkami, po czym zaczęłyśmy z Olą przygotowywać się do swoich zajęć, pompując balony. W międzyczasie odbyły się zajęcia Braśki i Kasi. Na pierwszym punkcie u Viki musieliśmy złapać się mocno za ręce, a osoby z drugiego zastępu musiały po kolei się przez nie przebić. Następnie u Kasi musieliśmy z odległości dwóch metrów rzucać w balona kredkami tak, żeby go przebić. To było prawie niewykonalne, ale jakimś cudem w końcu nam się udało. U Bladej zawiązaliśmy Kubie oczy i instruowaliśmy go tak, żeby narysował wielbłąda, który pije wodę z wiadra. W sumie nie zrobiłabym tego lepiej, ale nasz wielbłąd niestety wielbłąda nie przypominał. Wróciliśmy do Kasi, u której to dostaliśmy za zadanie ułożyć jak najwyższą wieżę z kart. Tutaj naprawdę się postaraliśmy i chociaż nie była jakaś mega wysoka, to bardzo ją rozbudowaliśmy i podobała mi się. ^^ Wróciliśmy też do Viki, u której musieliśmy związać się nogami (na szczęście tylko parami) i przejść przez pajęczynkę. Kasia była na punkcie, więc w zastępie była nas tylko trójka i oczywiście to właśnie ja musiałam przechodzić przez to drugi raz...
Następnymi zajęciami były Igrzyska Olimpijskie w przygotowaniu Oli i moim. Na początku rozpaliliśmy Znicz Olimpijski, a następnie każdy zastępowy odpalił od niego zimne ognie. Zawodnicy staczali walki w czterech konkurencjach: skoku w dal (piłeczki odbijające się od stołu i wpadające do kubeczków z wodą), wyścigach (układanie butów do wyznaczonego celu na czas), biegach (zwykła sztafeta z torem przeszkód) oraz zapasach (walce na podłużne balony). Zapasy wyszły według mnie najlepiej, było przy nich dość dużo zabawnych sytuacji. Na koniec urządziliśmy zawody frizbee, w których mój zastęp zajął drugie miejsce. Zjedliśmy kolację, po czym dostaliśmy chwilę czasu wolnego. Koptuś wziął akustyka Viki, Olek marakasy, a ja moje ukulele. Prawie całą drużyną usiedliśmy na korytarzu i zaczęliśmy śpiewać Radioactive. Po tegorocznym obozie miałam dość tej piosenki, ale coś sprawiło, że dosłownie wszyscy znali prawie calutki tekst, a źle raczej nie śpiewamy, więc brakowało tylko osoby, która by to nagrała. :D W każdym razie zaproszono nas na stołówkę. Usiedliśmy sobie przed wyświetlaczem. Oglądaliśmy zdjęcia z obozów wędrownych, wyłapywaliśmy na nich Burka i druha Adama jakieś sześć lat temu, słuchaliśmy ciekawych historii, oczywiście co chwilę wtrącając coś typu łaaał, ale mega, o jaaa lub tam musiało być super. Takim sposobem dużą część naszej drużyny udało zachęcić się do tegorocznego obozu wędrownego. Po slajdowisku polecono nam ubrać mundury. Udaliśmy się na kominek, na którym rozmawialiśmy o tym kim jesteśmy, jak czuliśmy się w roli prowadzących zajęcia oraz podsumowaliśmy je wszystkie. Igrzyska Olimpijskie wygrał właśnie mój zastęp i chociaż nie pomogłam im zbyt wiele w tej wygranej, podzielili się ze mną lizakami. ^^ Na koniec zawiązaliśmy krąg, po czym przebraliśmy się w piżamy i zaśpiewaliśmy piosenkę na pożegnanie dnia. Już zasypiając na kanadyjce rozmyślałam nad sensem tej piosenki, ponieważ jeden wers głosi „W cichym śnie zaśnij już" i postanowiłam, że nie będę śpiewać zaśnij, tylko spocznij!
Nasz domek z kart w trakcie budowy.
27 lutego, piątek
Pozwolono nam spać do ósmej! ^^ Zamiast standardowej rozgrzewki postanowiliśmy zagrać w koszykówkę, co chyba nie było dobrym pomysłem... Zjedliśmy śniadanie, po czym włożyliśmy mundury i wzięliśmy udział w apelu. Moim ulubionym momentem było meldowanie, kiedy to Kuba musiał wypowiedzieć ciągiem calutką nazwę naszego zastępu. Po apelu mieliśmy chwilę dla siebie, ale nie pamiętam co wtedy robiliśmy, bo w moich przecudnych notatkach mam zapisane tylko słowo gitara, a na gitarze graliśmy praktycznie zawsze w czasie wolnym, więc wnioskuję, że tym razem tylko graliśmy na gitarze, chociaż wydaje mi się to mało prawdopodobne. Następnie mój zastęp udał się na stołówkę, gdzie razem z Bladą robiliśmy pamiątki zimowiskowe - pomponiki. Mój pierwszy nie wyszedł totalnie, ale po małych poprawkach drużynowej wyglądał cudnie. ^^ Kiedy wszyscy skończyli, udaliśmy się na salę gimnastyczną, gdzie wszyscy grali w C4. Dołączyłam się do nich, ale po jakimś czasie zrobiło się nudno, więc wróciłam na stołówkę, gdzie jeszcze jakiś zastęp robił pomponiki. Skorzystałam więc z okazji i zrobiłam jeszcze dwa - dla siebie i dla Braśki, która akurat była na konkursie pierwszej pomocy. Pech sprawił, że nie miałam na co nawinąć włóczki, więc wykorzystałam do tego słoik dżemu. Oczywiście okazało się, że aby ściągnąć włóczkę, muszę otworzyć nowiutki dżem, z czego Blada nie była specjalnie zadowolona, więc musiałam jej obiecać, że go potem zjem... W oczekiwaniu na obiad uczyłam Słowika śpiewać (jakkolwiek to dziwnie nie brzmi), a on mnie grać paru piosenek na gitarze. Dołączyła do nas też Blada, ale tylko na chwilę, bo okazało się, że przyjechał obiad - ryba, ziemniaki i surówki.
Po jedzeniu nie mieliśmy ciszy. Szybko zapakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do małych plecaków i ruszyliśmy na Suchą Polanę. Po drodze nie obyło się bez rzucania śnieżkami i wymyślania dziwnych piosenek. Oczywiście prawie wszystkim przemokły buty, więc kiedy dotarliśmy do celu i rozpaliliśmy ognisko, wszyscy byli bardzo szczęśliwi. ^^ Upiekliśmy sobie kiełbaski, ulepiliśmy bałwana, poopowiadaliśmy trochę sucharów, po czym wróciliśmy do szkoły. Na miejscu przebraliśmy skarpetki i w miarę możliwości umyliśmy nogi. Blada puściła nam Czarne Stopy, ale oglądaliśmy ten film chyba nawet krócej niż pół godziny. Więc znowu snuliśmy się po korytarzach z ukulele i gitarami lub robiliśmy porządki w plecakach. W końcu kazano wszystkim zejść na stołówkę. Ola akurat obchodziła urodziny, więc zaśpiewaliśmy jej Sto lat i zjedliśmy wielkie opakowanie mieszanki krakowskiej. Potem chcieliśmy grać w kalambury, ale Blada zagwizdała na alarm mundurowy, więc wszyscy rozbiegli się do sal. Gdyby nie uparty pas Kasi, bylibyśmy na alarmie pierwsi. W każdym razie udaliśmy się na salę gimnastyczną, gdzie zagraliśmy w tą skomplikowaną grę, której nikt z Was nie zrozumiał, co w środę.
Tym razem było trochę łatwiej, więc ja i Dominika zajęłyśmy drugie miejsce. Następnie ustawiliśmy się w kolumnie dwójkowej. Ubraliśmy kurtki i buty. Vika zawiązała nam mowę. Udaliśmy się w kierunku Suchej Polany. Dotarliśmy do pomnika ku pamięci ofiar pacyfikacji. Właśnie w tym miejscu Weronika złożyła Przyrzeczenia Harcerskie i dostała Krzyż! ^^ Po Przyrzeczeniu oczywiście zaczęły się gratulacje oraz robienie zdjęć. W drodze powrotnej wspominaliśmy swoje własne Przyrzeczenia, przypominaliśmy sobie świadków, opisywaliśmy pamiątkowe świeczki. Pisząc ten fragment, słuchałam Będę wracał, co skończyło się tym, że się poryczałam. Wyjątkowo przedłużono nam ciszę nocną, więc wykorzystaliśmy to nosząc się na barana i w różne inne dziwne sposoby. Chciałyśmy zrobić chłopakom zieloną noc, nawet Burek się na to zgodził, ale niestety Vika była nieugięta, więc poszłyśmy spać.

Podwieczorek. ^^
Pan Brokuł podczas Czarnych stóp.
Mój pomponik w barwach drużyny. ^^

 28 lutego, sobota
Znów wstaliśmy dopiero o ósmej. Po śniadaniu zaczęliśmy się pakować, w czym przerwano nam zbiórką na zewnątrz (mój zastęp był pierwszy! ^^). Gra polegała na tym, że musieliśmy znaleźć Adama, którego porwał Neptun, dając bogu wieniec z liści laurowych. Na początku wszyscy polecieli do Neptuna, którym był Burek, a my uznaliśmy, że skoro tam jest taki tłum, to pójdziemy do Bladej. Nasza drużynowa była boginią Wenus. Żeby dała nam wskazówkę, musieliśmy przynieść jej pomarańczę. Pobiegliśmy więc do Viki, która okazała się Minerwą. Zadała nam kilka z pytań z dziedziny pierwszej pomocy, po czym w końcu dała pomarańczę. Zanieśliśmy ją do Wenus, która uznała, że teraz chce jabłko. Poszliśmy więc do Neptuna i kupiliśmy jabłko za 100 bladencji (;-;). Wenus uznała, że chce od nas jeszcze wodę herosów. Poszliśmy więc do Minerwy, u której w zamian za to, że powie nam czy ma tą wodę, musieliśmy wymyślić o niej wiersz. Wprawdzie trochę nam nie wyszedł, ale dowiedzieliśmy się przynajmniej, że ma wodę. Dowiedzieliśmy się, bo żeby powiedziała nam co mamy zrobić, żeby nam ją dała, musieliśmy ją jakoś rozśmieszyć. (To zdanie jest dziwne). Przedstawiliśmy więc scenkę, w której Krzysiek udawał Biedrona wykonującego operację i reanimującego Kubę. xD Nawet jak sobie to teraz przypominam, ogromnie chce mi się śmiać. xD W każdym razie Minerwa też zaczęła się śmiać i powiedziała, że w zamian za wodę musimy przynieść jej bursztyn. Pobiegliśmy więc do Neptuna, u którego w zamian za bursztyn musieliśmy zjeść po łyżce rozcieńczonej musztardy z dodatkiem kawy... Zanieśliśmy bursztyn do Minerwy, która kazała nam jeszcze ułożyć piosenkę, w której czcilibyśmy jej osobę, z czym poszło dość szybko. W końcu bogini zgodziła się dać nam wodę. Zanieśliśmy ją do Wenus, która oddała nam wieniec. Poszliśmy z nim (oczywiście ukrywając go, żeby inne zastępy nie zorientowały się, że już wygraliśmy) do Neptuna, który zdradził nam położenie Adama. A więc w kuchni znaleźliśmy druha Adama, przyrządzającego obiad, czym wygraliśmy całą grę! ^^ Kiedy wszystkie zastępy wróciły, graliśmy w śledzia i wymyślaliśmy piosenkę o całym zimowisku. Edit: W końcu Blada zabrała nas na salę gimnastyczną, gdzie obradowaliśmy na temat tego, czy zmiany w Prawie i Przyrzeczeniu są konieczne, ponieważ na najbliższym zjeździe ZHP zespół do tych spraw chce uchwalić nową wersję tych tradycyjnych już rzeczy, między innymi wykluczyć z Przyrzeczenia Boga, co według mnie nie ma najmniejszego sensu, ponieważ harcerze od zawsze byli z tą wiarą kojarzeni, a jeśli ktoś wierzy w coś innego, to na Przyrzeczeniu po prostu umyślnie pomija Boga. Nie rozumiem więc dlaczego całe ZHP od razu ma przestawiać się na inne Przyrzeczenie. Zmiany Prawa Harcerskiego też nie rozumiem. Takie jakie jest aktualnie jest bardzo dobre, poza tym wszyscy znają je na pamięć, więc naprawdę nie rozumiem po co zmieniać niektóre punkty. Kiedy w domu dyskutowałam o tym z rodzicami, nawet moja babcia uznała, że to wszystko jest głupie... Jeśli ktoś chciałby sobie na to dokładnie popatrzeć - klik. *Blada, co ja bym bez Ciebie zrobiła?* Po sądzie udaliśmy się na obiad, na który zastęp kuchenny przygotował coś, co nazywa się chyba ragu. To było coś podobne do leczo, tyle że ja za leczo nie przepadam, a to coś było naprawdę pyszne! ^^ Po posiłku sprzątaliśmy sale i kończyliśmy się pakować. Po jakimś czasie Blada gwizdnęła na apel, więc wszyscy ubrali mundury i stawili się na sali gimnastycznej. Odbyły się podziękowania całej kadrze i ogłoszenie wyników rywalizacji indywidualnej i zastępów, w której wygrały właśnie Kłócące Się Starorzymskie Samoloty Końskie Pod Pędzącym, Podmokłym, Pustynnym Prysznicem, czyli my! ^^ Dostaliśmy ślicznego bałwanka ze skarpetek i guzików i dość trudno było nam ustalić kto z nas zabierze go do domu. Kuba wpadł na zostawienie go w harcówce, ale uświadomiliśmy mu, że przecież nie mamy harcówki... W końcu wziął go Krzysiek. Każdy z nas dostał jeszcze po czekoladzie. Po apelu ściągnęliśmy mundury i wynieśliśmy na korytarz plecaki oraz wszystkie inne graty. Ułożyliśmy ławeczki, pozamiataliśmy i posprzątaliśmy stołówkę. Przed piętnastą zaczęli przyjeżdżać pierwsi rodzice. Kiedy Krzysiek wychodził ze szkoły, podarował mi bałwanka. ^^ W końcu zostało już naprawdę niewiele osób, przybył dyrektor szkoły, a ja i Gabi odkurzyłyśmy sale. Koło piętnastej trzydzieści przyjechała moja mama.
Z dedykacją dla Karola i Bladej, którzy zostali uwiecznieni na tym zdjęciu. :D
Czekolady oraz bałwanek mojego zastępu i Oli (za rywalizację indywidualną).
Bałwanek w pokrowcu na ukulele.
Bałwanek za czekoladą.
Bałwanek na tle cudownego dywanu w naszej sali.

***
Podsumowując: był to chyba jeden z najlepszych biwaków, na jakich miałam okazję być. Bardzo cieszę się, że trafiłam właśnie do takiego zastępu, nawet nie dlatego, że wygraliśmy. Mimo różnicy wieku dogadywaliśmy się naprawdę świetnie i chociaż Krzysiek z Kubą nieraz mnie zdenerwowali, nie zamieniłabym ich na nikogo innego.

Tak w ogóle, to na tym biwaku mieliśmy sąd na temat tego, czy zmiana Przyrzeczenia Harcerskiego i Prawa jest konieczna, który naprawdę bardzo mi się podobał. Niestety nigdzie w moich notatkach o tych zajęciach nie napisałam, więc nie wiedziałam gdzie trzeba je wcisnąć... Już nieaktualne. :D

Kolejny wyjazd = kolejne zaległości w komentowaniu. Mam nadzieję, że pomimo końca ferii znajdę chwilę czasu na przeczytanie tych wszystkich czekających na komentarze opowiadań, recenzji, relacji i wszystkich innych rzeczy. Do tego przypominam o konkursie na coś, co w jakiś sposób wiąże się z tym blogiem lub ze mną. Prace możecie przysyłać do 15 marca na adres lalalatoja@gmail.com. Przyszło już do mnie kilka bardzo ciekawych rzeczy, mam nadzieję, że będzie ich jeszcze więcej. :D

Długa mi ta notka wyszła...


Pozdrawiam serdecznie!
~Ola