29 stycznia 2015

147. Warszawo, nadchodzę!

O 4;30 obudziło mnie ukochane Hakuna Matata. Od razu zerwałam się na nogi. Była środa, za godzinę wyjeżdżałam z chórem do Warszawy. Wzięłam do ręki kamerton, stuknęłam o biurko, policzyłam dźwięki i usiłowałam zaśpiewać gamę C-dur. Zatrzymałam się przy fa. Dalej nie dałam rady, a przecież jeszcze niedawno zdawałam Fis-dur'a bez zmiany rejestru! Od kilku dni moja chrypa cały czas się pogarszała i totalnie nie dałam rady śpiewać. Ale nie specjalnie miałam wyjście - moja błękitna spódnica czekała już wyprasowana na spakowanie jej do zielonego plecaka. Włożyłam do niego też termos, kilka kanapek i buty na zmianę. Ubrałam białą bluzkę i dżinsy, po czym mniej-więcej ogarnęłam włosy.

Chwilę przed wpół do piątej byłam pod gimnazjum. Kiedy pani Magda usłyszała mój głos, nie była zadowolona, ale jako główna bohaterka musiałam jechać do tej Warszawy. Pamiętacie stewardessę - Ulę, James'a Bonda - Jaśka i ośmiornicę - Martynę? Od premiery naszego cudownego przedsięwzięcia minęły trzy miesiące, a my, jako jedna z dwóch szkół muzycznych z całej Polski, zostaliśmy wytypowani do zaśpiewania głównych piosenek z musicalu na koncercie ku pamięci pani Małgosi, która zmarła na raka, a bardzo dużo zdziałała w kierunku naszej opery.

Przez większość drogi tak naprawdę spałam. A jeśli akurat nie spałam, to albo czytałam streszczenie Krzyżaków, albo opowiadałam i słuchałam durnych sucharów typu 'Jak czuje się ogórek w śmietanie? Mizernie!', albo zażywałam jakieś tabletki na gardło i próbowałam cokolwiek zaśpiewać, albo po prostu gadałam z kim popadnie.
Mam bardzo mało zdjęć, a to jest jedno z tych lepszych, więc wyobraźcie sobie jaka jest reszta...
Do Warszawy dojechaliśmy po dwunastej. Szczerze mówiąc... zawiodłam się. Zależy z jakiej strony patrzeć, ale jeśli jedzie się przez stolicę busem, to  jest to po prostu taki Kraków z większymi budynkami... Może zmieniłabym zdanie, gdybym trochę pozwiedzała, ale Warszawa nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. A wiecie kto szedł sobie po chodniku, kiedy my akurat czekaliśmy na światłach? Sylwia Banasik! ^^ Na początku myślałam, że się pomyliłam, ale przypatrzyłam się chwilę i doszłam do wniosku, że to nie może być nikt inny. Chciałam zrobić zdjęcie, ale oczywiście nie zdążyłam. :(
Na miejscu zostawiliśmy stroje w bibliotece, w której było strasznie mało książek i poszliśmy przećwiczyć nasze hity. Na początku Martyna w stroju ośmiornicy miała zaśpiewać swoją Barcarolę, a my wejść przy drugiej zwrotce z cudownym aaaa. Następna była Oda do muzyki z okropnie długą przygrywką nagrana w dość wysokiej tonacji, więc szanse, że przy tej piosence wydobędę z siebie jakiekolwiek dźwięki, były niewielkie. Jako ostatnią mieliśmy zaprezentować Sambę, do której na poczekaniu wymyślaliśmy układ taneczny. Na koniec mieliśmy się przepięknie ukłonić i najzwyczajniej na świecie zejść ze sceny.

Czekając w bibliotece na swoją kolej, robiliśmy sobie zdjęcia, zajadaliśmy ciasteczka maślane oraz precelki i popijaliśmy to Ice Tea, które wcale nie wylało się trzy razy. Wysyłaliśmy snapy, obwieszczaliśmy całemu światu, że przybyliśmy do stolicy, narzekaliśmy na nauczycieli i robiliśmy mnóstwo, niekoniecznie normalnych rzeczy. W końcu do pomieszczenia weszła jakaś pani, obwieszczając, że za dwie minuty mamy wejść na scenę. Wyszliśmy więc na korytarz, ustawiliśmy się we wcześniej ustalonej kolejności i czekaliśmy. W końcu ktoś otworzył drzwi. Klaudia w stroju papugi wprowadziła naszą zgraję w kolorowych spódniczkach lub nietypowych strojach na salę. Ustawiliśmy się w dwóch rzędach. Usłyszeliśmy pierwsze dźwięki gitar do Barcaroli. Martyna spisała się rewelacyjnie. Przy Odzie tak naprawdę tylko ruszałam ustami, ale również wyszło bardzo dobrze. Przy Sambie trochę pomyliły nam się ruchy, a przy ukłonie lekko się nie zgraliśmy, ale ogólny efekt nie był najgorszy.

Po przebraniu się w normalne ubrania, zaproszono nas na obiad. Każdy dostał miskę z okropnie słodką zupą pomidorową, która smakowała jakby wsypano do niej kilka łyżek cukru. Nie wiem, może tam, w Warszawie taka zupa wszystkim smakuje, ale dla mnie nie było to nic dobrego. Na drugie danie dostaliśmy ziemniaki z dość smacznym mięsem i surówką z jabłka i marchewki. Gdy wszyscy zjedli, bardzo miła pani rozdała każdemu z nas torebkę z książką z jakimiś azteckimi wzorami, ołówkiem i długopisem, po czym zapakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy do domu.
Ach, ta jakość zdjęcia robionego przez szybę autobusu...
Głównie gadaliśmy o horrorach i dziwnych, dość strasznych sytuacjach z naszych żyć (?), w czym trochę przeszkadzały nam tyły, które wymyśliły sobie, że będą śpiewać piosenki, które akurat leciały w radiu. Zatrzymaliśmy się w McDonaldzie, gdzie Martyna dostała gratisowe frytki i nikt nie wiedział dlaczego... Wiecie jak miło było zobaczyć nasz kochany Kraków? Pięknie oświetlony Wawel i kolorowy komin Bonarki? Ostatnie odcinki drogi przespałam. W domu byłam chwilę przed północą.

Dzisiaj nie poszłam do szkoły. Nie wyrobiłam. Nie dość, że zaspałam, to jeszcze jestem w lekko masakrycznym stanie. Najlepsze jest to, że jutro mam konkurs piosenki angielskiej z Viką, a moje kochane gardło średnio pozwala na śpiewanie jakichkolwiek piosenek. :(
Moje plany na dzisiaj są następujące:
- przeczytać streszczenie drugiego tomu Krzyżaków, ewentualnie jeszcze kilka charakterystyk i biografii
- poćwiczyć na flecie, bo odkryłam, że jednak dam radę grać i jest nawet trochę lepiej niż przedtem ^^
- nadrobić zaległości z wczoraj i dzisiaj
- rozczytać lewą rękę na fortepian do He's Pirate i spróbować połączyć ją z głównym sondtrack'iem
- kurować się, żeby jutro móc iść do szkoły.

Mam nadzieję, że uda mi się to wszystko przynajmniej w jakimś stopniu zrealizować. Mam dość duże zaległości w komentowaniu Waszych blogów, ale postaram nadrobić się to w weekend. Na koniec tradycyjnie zostawiam Was ze Studiem Accantus, tym razem w trochę starym, ale w dalszym ciągu przepięknym nagraniu. :) Dalej nie mogę uwierzyć, że widziałam Sylwię Banasik! ^^


Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

10 komentarzy :

  1. To świetnie, że możesz występować przed publicznością i wykorzystywać swój talent ;) Zdrowiej i dawaj więcej koncertów!! Bardzo fajnie poczytać takie relacje, koniecznie opowiedz więcej na blogu o swoich muzycznych poczynaniach ;D
    gangetpolska.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Warszawa może i nie jest najpiękniejszym miastem, ale ma swój urok, który oddaje jej wyjątkowość na zdjęciach zrobionych na pamiątkę :) Nie podoba mi się jedynie jej najnowsza zabudowa - dzielnice typowo biznesowe, z tymi oszklonymi budynkami jakoś mi się nie uśmiechają :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie uważałam,że Warszawa to ładne miasto. Zawsze bardziej podobał mi sie Kraków, tam mogła poczuc taki klimat. Wyjazd całkiem dobrze wyszedł, jak mi sie przynajmniej wydaje. Pojechaliście, zaśpiewaliście i wypadło całkiem ok. Poza tym mieliście tez możliwość występowania przed publicznością, pokazania się gdzieś! Barcarolle znam,bo w muzycznej jeden chłopak grał to na egzaminie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie, że masz okazję występować na scenie. Chociaż naprawdę trzeba mieć farta, żeby przeziębić się w dzień koncertu... Współczuję.
    Mnie też Warszawa jakoś specjalnie nie rusza. Jest tam jak dla mnie tak zbyt... szaro (ale może to tylko moje wrażenie). Jest dużo budynków, które stoją jeden niedaleko drugiego, a w ogóle nie pasują do siebie architektonicznie i to wygląda tak... No, po prostu brzydko. Stoi sobie taka stara kamienica, a tu nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, szklany biurowiec. Nie jestem fanką takiego pomieszania.
    Też dostaliśmy kiedyś taką obrzydliwą, słodką zupę pomidorową. Nie za bardzo wiem, kto lubi coś takiego, ale o gustach się nie dyskutuje.
    I jesteś kolejną osobą, która słucha nagrań ze studia Accantus! Uwielbiam Cię! I oczywiście życzę dalszych sukcesów muzycznych i nie tylko. Obyś miała więcej okazji do występowania publicznie, szczególnie w takich fajnych przedstawieniach ;)
    Pozdrawiam
    Kajax

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze, zawsze przed ważniejszym występem coś komuś jest! Najczęściej wokalistom - niestety, jako osoba wiecznie szukająca wokalu do zespołu mam słabe mniemanie o tej grupie. Wokalista z zespołu mojego kumpla dostał chrypy dzień przed pierwszą próbą z nimi, wyobrażasz sobie, jaki był załamany? Kumpel, bo wokalista to nie wiem. jak jeszcze śpiewałam w chórze, też mieliśmy same takie przypadki. Tylko ja byłam zawsze zdrowa, bo źle śpiewam...
    W tym roku pierwszy raz jadę do Krakowa, a ty go masz na co dzień! Nic dziwnego, że nie podoba ci się Warszawa....

    OdpowiedzUsuń
  6. O, jak ja bym chciała zobaczyć Sylwię <3
    A tak w ogóle... He's pirate fajnie gra się na pianinie :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Czeeeś Olu, tak pesymistycznie zaczęłaś, naprawdę! Tak nie może być! Chore gardło nie może takiej zawsze radosnej autorki tego bloga przygnębiać. Na szczęście później trochę się oprawiłaś :D Ojej... Z całej Polski! To gratuluję, naprawdę dobrą musicie mieć tą szkołę. My nie mielibyśmy szans, ale co narzekam, niczego nie oczekuję po tym jak na każdej prawie lekcji gramy w mafię. Ech! To smutne :( Ale, ale trzeba się cieszyć! Znam osobnika który wygrał konkurs! Jesteście genialni!!! Oh, to tak fajnie musiało wyglądać. Pidżama i kamerton przy uchu! :D Wiesz, ten żarcik o mizerii był nawet śmieszny! xD Kiedyś też byłam z SM w Warszawie, ale w samiusieńkim centrum i to nie było jakieś miłe. Tak ponuro, bardzo ponuro!
    Nie no!!! Widziałaś Sylwię BANASIK!!! Ale suuuuupeeeeeeeer!!! Jejciu! I jak się z tym czujesz? Kilka metrów od idolki! (?)
    Życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Te Twoje gardło coś łatwo się psuje! Wyperswaduj mu to :) Dzisiaj byłam u fryzjerki i ona strzygąc pewnego mężczyznę, mówiła mu, że ostatni raz przeziębiła się 17 lat temu! 0.0

    Pozdrawiam i niech czas do ferii się nie dłuży!

    OdpowiedzUsuń
  8. Super, że wszystko się udało! Gratuluję:) I życzę powodzenia z chorym gardłem, zdrówka, zdrówka!
    Warszawa rzeczywiście nie jest szczególnie piękna, trochę szarawa i zupełnie brak jej harmonii w architekturze, ale z drugiej strony, coraz bardziej się rozwija i niektóre miejsca wyglądają naprawdę ładnie!:)
    Ech, przyznam szczerze, że początkowo nie wiedziałam, kim jest ta Sylwia Banasik... dopiero po sprawdzeniu w necie się dowiedziałam. Super, że udało Ci się ją zobaczyć! To musiało być niesamowite przeżycie:D
    Och, te suchary... pamiętam, jak tłumaczyłam tacie, co to jest. I skończyło się na tym, że zaczął wymyślać własne:D Pewnie już istniały wcześniej,ale naprawdę się w to wkręcił!
    A'propos Krakowa... jadę tam już niedługo, bo w przyszły weekend na kilka dni:)
    Pozdrawiam ciepło!
    Pola

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetna notka :) szkoda że Cię rozłożyło na taki występ. Ja byłam w Warszawie i mimo słonecznego dnia że zwiedzaniem też mnie nie urzekła i szczerze mówiąc o wiele bardziej podoba mi się Kraków. Pozdrawiam gorąco !:*

    OdpowiedzUsuń
  10. Naprawdę fajny post. :D Ciekawy i w ogóle. ^^ A mi się Warszawa nawet podobała, chociaż faktycznie nie zachwyca. :) ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze ♥