7 lutego 2014

99. Na narty!!


sumie to ta notka nie będzie tylko o nartach. Mam zamiar opisać tu mój pierwszy tydzień ferii. Wytrwałych serdecznie zapraszam do czytania!




W niedzielę po godzinie 23 przyjechali do nas znajomi z Wielkopolski: ciocia Ania, wujek Łukasz, rok starsza ode mnie Weronika oraz jej bracia - 11 letni Szymek i 9 letni Jasiek. Mówią trochę inaczej niż my. Np. każdy na pewno zna nazwę temperówka. Chodzi o przyrząd do strugania kredek, ołówków itd. U nas mówi się na to strugaczka, a u nich ostrzytko. Byli strasznie zdziwieni naszą nazwą, a my ich. My mówimy idę na pole w sensie wychodzę na zewnątrz, a oni mówią idę na dwór. Kiedy to usłyszałam zaczęłam się zastanawiać gdzie w pobliżu jest jakiś dwór. No i patrzcie: niby ten sam język, a jednak mówi się zupełnie inaczej!


poniedziałek

W nocy kłóciłyśmy się z Weroniką o pościel. Skończyło się na tym, że moja współlokatorka była cała schowana pod kołdrą, a ja musiałam kulić się i przykryć poduszką... Rano, kiedy wszyscy już się ogarnęli, przywitali itd. poszliśmy na sanki! Nasi znajomi przywieźli ze sobą takie genialne deski do zjeżdżania po śniegu. Nie mogliśmy jednak długo znaleźć miejsca, z którego można by było zjeżdżać. W końcu odkryliśmy fajne wzniesienie, był jednak jeden minus - wzniesienie kończyło się dwumetrowym uskokiem, przed którym trzeba było się zatrzymać, żeby nie spaść. Oczywiście bracia Weroniki z moim bratem specjalnie nie zdążali wyhamować i lądowali w śniegu, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował - ważne, że było fajnie. Kiedy przyszliśmy do domu Weronika odkryła, że mamy pianino. Grałyśmy Someone Like You - piosenkę, której Weronika nauczyła mnie dwa lata temu. Potem śpiewałyśmy Alleluja. Znaczy Weronika śpiewała, a ja grałam. Ona i jej bracia należą do chórów, więc wszyscy mają genialne głosy. Potem grałyśmy w minecrafta. Ja osobiście nienawidzę tej gry, więc tylko patrzyłam jak Weronika z chłopakami zasuwają na naszej starej klawiaturze po tym kwadratowym świecie. Po obiedzie pojechaliśmy do wypożyczalni nart dobrać odpowiednie buty i cały sprzęt. Mi w tym roku przypadły szaro-czerwone buty i czerwone narty. Szymkowi cały czas coś nie pasowało, więc siedzieliśmy w wypożyczali jakieś dwie godziny. Kiedy wróciliśmy do domu okazało się, że moja mama zrobiła pyszną galaretkę! Wszyscy zjedli swoje porcje w minutę, a kiedy okazało się, że nie ma więcej co poniektórym chciało się płakać (mój brat). Wpadłyśmy z Weroniką na pomysł nagrania teledysku do piosenki z Pocahontas. Weronika narzuciła na siebie jakieś chusty i apaszki i włożyła we włosy pióro pawia (tylko takie znalazłyśmy...). Ja miałam nagrywać kamerą. Puściłyśmy piosenkę z telefonu. Weronika udawała, że śpiewa, a ja wszystko filmowałam. Oprócz tego były też efekty specjalne typu wycie wilka (ja), imitowany księżyc (lampa), czy efekt gór (nabazgrane szczyty przyczepione na tablicy korkowej). Potem zamieniłyśmy się rolami. Z efektu końcowego śmiali się wszyscy. Po 20 zjedliśmy kolację, a o 21 leżeliśmy już w łóżkach. Oczywiście moja siostra musiała się wepchać do mojego pokoju z materacem i spać z nami!

wtorek

Duże stoki w Sieprawiu. Zdjęcie z internetu.

Wstaliśmy o 8. Na szybko oglądnęliśmy nowy odcinek Po Prostu Tv, ubraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i mieliśmy zamiar jechać na narty. Niestety okazało się, że nie mam żadnego kombinezonu ani nawet kurtki narciarskiej i nie mam jak zjeżdżać ze stoku! Na szczęście ciocia Ania pożyczyła mi swoje ortalionowe spodnie i kurtkę. O 9 mieliśmy już być w Sieprawiu, jednak 5 po 9 dopiero wyjechaliśmy z domu. Na miejscu wujek Łukasz kupił 4 karnety na duże wyciągi - dla niego, Szymka, Jaśka i mojego brata oraz 2 na mały wyciąg - dla Weroniki i dla mnie. Uznałyśmy, że przed zjazdem z dużych stoków trzeba sobie przypomnieć jak się jeździ. W końcu nie robiłyśmy tego 2 lata. Na pierwszym zjeździe jechałyśmy straszliwie powoli, cały czas pługiem, tak jakbyśmy chciały zahamować. Potem szło już lepiej. Kiedy wykorzystałyśmy już 10 zjazdów na małym stoku, wujek Łukasz kupił nam jeszcze po godzinę na dużych. Jeździłyśmy tylko na stoku z lewej strony, ponieważ chłopaki mówili, że na tym po prawej jest bardzo stromo. Przez wszystkie zjazdy nie wywaliłam się ani razu. Tylko kiedy wsiadałam na wyciąg wyślizgnęła mi się narta. Dobrze, że to był wyciąg orczykowy, bo gdyby był krzesełkowy już byłoby po mnie. Gdzieś o 12 skończyliśmy jeździć. Wszyscy byli bardzo głodni więc szybko pojechaliśmy do domu. Przy obiedzie śpiewaliśmy Weronice Sto Lat z okazji imienin.
Godzinę później spakowaliśmy się do dwóch samochodów i pojechaliśmy do parku wodnego w Krakowie. Byłam tam już wiele razy i zawsze chcę wracać. Mają genialne zjeżdżalnie. Wujek Łukasz powiedział nam, że jedna z nich jest od 12 lat, więc uznałyśmy, że nie będzie jakoś strasznie
Zjeżdżalnie w parku wodnym na zewnątrz.
ekstremalna. Zjeżdżalnia prowadziło prawie pionowo w dół, więc aż wrzeszczałam podczas zjeżdżania. Potem okazało się, że była ona od lat 16... Jeździliśmy też na tych, które wychodzą na zewnątrz. Do tej pory byłam tylko na tych od 10 lat. We wtorek odważyłam się pojechać tymi od 13. Na białej co chwilę zalewała mnie woda, bałam się, że zaraz utonę! Żółta prowadziła znowu prosto na dół, ale na szczęście mniej niżte w środku. Potem poszłyśmy na rwącą rzekę. Nurkowałyśmy wymieniając się okularkami. W końcu podczas jakiejś wymiany okularki poleciały na dno. Wszyscy zaczęli ich szukać. Dopiero po pół godzinie wujek Łukasz je znalazł. O 18 wyszliśmy z parku wodnego. Rodzina Weroniki pojechała do swoich znajomych z Krakowa, a my do Gruszowa odwieść kuzynkę Maję. Babcia nasmażyła mnóstwo naleśników, więc w domu byliśmy dopiero po 20. Byliśmy już strasznie wykończeni, więc od razu po położeniu się do łóżek zasnęliśmy.

środa

Znowu wstaliśmy około 8. I znowu mieliśmy być na stoku o 9. I znowu dopiero o 9 wyjechaliśmy. Do tego Jasiek przypomniał sobie, że przecież nie wziął rękawiczek, więc musieliśmy się wracać. Kiedy już dojechaliśmy, wszyscy od razu poszli na dużo stoki. W ten dzień nie szło mi jeżdżenie na nartach. Podczas pierwszego zjazdu wywaliłam się chyba z 3 razy. Może dlatego, że byłam nie rozgrzana? Potem było już tylko coraz lepiej. Zaczęłam się trochę rozpędzać. Chłopaki śmigali na swoich nartach po śniegu, czasem nawet jeździli na krechę. Odważyłam się zjechać na prawym stoku. Okazało się, że nie jest taki zły jak wszyscy mówili. Był szeroki, więc fajnie się na nim jeździło slalomami. Niestety korzystało z niego bardzo dużo snowboardzistów, którzy podczas hamowania zamiatali swoim sprzętem śnieg, a stok pozostawał oblodzony. Na takim stoku można się łatwo poślizgnąć. Potem jeździłam na zmianę: raz na lewym, raz na prawym. Ciocia Ania biegała za nami z kamerą. Mój pierwszy zjazd na prawym stoku został więc uwieczniony! Przed 12 pojechaliśmy do domu. Zjedliśmy obiad, a ciocia Ania zapaliła spóźnioną petardę tortową. Oczywiście Jasiek musiał ją ruszać, co skończyło się tym, że petarda przewróciła się na plastikową butelkę z wodą, która zaczęła płonąć! Na szczęście szybko udało się wszystko zgasić. Potem pojechaliśmy do kina na Hobbita. O 14:30 miał się zacząć film. Niestety okazało się, że wszystkie bilety na tą godzinę są już wykupione, a następny seans leci dopiero o 15:45. Co mieliśmy robić? Czekaliśmy jedząc lody i zwiedzając sklepy.
Próbowaliśmy znaleźć dla mnie jakąś narciarską kurtkę, ale tak jak się spodziewaliśmy te wytrzymałe kosztowały 6 tysięcy i wzwyż, a te tańsze były po prostu kiepskich firm (mój tata się trochę na tym zna), więc postanowiliśmy, że wybierzemy się kiedyś do Decathlonu. O wyczekiwanej 15:45 weszliśmy do sali numer 9 i zajęliśmy miejsca. Każdy z nas już długo czekał na drugą część filmu o przygodach Bilbo Bagginsa. Przez połowę filmu nie patrzyłam. Panicznie boję się pająków, a na ekranie trochę ich było. Co chwilę pytałam się Weroniki czy już mogę patrzeć... Ogólnie film bardzo mi się podobał. Znowu przerwali w takim fajnym momencie! Pozostaje mi tylko czekać do następnej zimy na kolejną część. Pomimo dość wczesnej pory już w samochodzie wszyscy zasypiali. W domu oglądaliśmy występy chórów Weroniki, Szymka oraz mojego. Szkoda, że już do niego nie należę. Gdybym tylko miała możliwość zapisałabym się do jakiegoś. Tam w Poznaniu jest takich chórów mnóstwo. Tutaj jest jedno z najlepszych wykonań chóru Weroniki: You Raise Me Up. Przed śpiewaniem imitują burzę. Mnie to zadziwiło!

czwartek


Tradycyjnie wstaliśmy o 8. Tradycyjnie wyjechaliśmy o 9. Kiedy już dojeżdżaliśmy Jasiek krzyknął, że nie ma rękawiczek. Wujek Łukasz zaczął cofać, ponieważ nie mógł znaleźć miejsca do zaparkowania, a Jasiek zaczął wrzeszczeć, że żartował i żebyśmy się nie wracali... W ten dzień jeździło mi się nawet fajnie. Przewróciłam się tylko raz i to na orczyku, więc nie najgorzej. Ciocia Ania latała za nami tym razem z aparatem. Nie mogła złapać mojego brata, ponieważ śmigał tak szybko, że nawet nie orientowała się kiedy koło niej przejeżdżał. Znowu tradycyjnie skończyliśmy o 12. Po zjedzeniu obiadu oglądaliśmy drugą i połowę trzeciej części Star Wors'ów. Następnie postanowiliśmy przejść się do biblioteki. Chciałam wypożyczyć Hobbita, a mój brat Władcę Pierścieni. Pani bibliotekarka powiedziała, żebyśmy szukali na dziale lektur lub fantastyki. Szukaliśmy pół godziny - nie znaleźliśmy niczego. W końcu pani nam pomogła i znalazła Hobbita. Władcę Pierścieni odkrył Szymek. Potem pojechaliśmy do moich kuzynów na Skrzynkę. Graliśmy tam na Nintendo. Najpierw w wyścigi. Dali mi do ręki coś przypominającego kierownicę i kazali jechać samochodzikiem, który był w lewym górnym rogu telewizora. Kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, więc naciskałam wszystkie możliwe guziczki i obracałam czymś kierownico-podobnym. O dziwo zajęłam pierwsze miejsce... Potem mój kuzyn przełączył coś i graliśmy w to, co nawet lubię czyli Wii. Stoi się na specjalnej podkładce i np. skacze się na nartach, albo omija się jakieś kule. Byłam najlepsza w kręceniu hula-hop. Nieźle szło mi też latanie - zajęłam drugie miejsce. Potem graliśmy w piłkarzyki. Oczywiście musiałam przegrać... Po 19 pojechaliśmy do domu. Chwilę później przyjechał wujek Krzysiek z pendrive'm na którym miał Morze Potworów! Zgrałam sobie ten film na laptopa. Po umyciu się oglądałyśmy go z Weroniką. Jest to druga część filmu z serii Percy'ego Jacksona, która w wakacje szła w kinie. Jako film na podstawie książki Morze Potworów jest beznadziejnym filmem, ale przynajmniej Annabeth ma jest już blondynką, a nie szatynką tak jak w pierwszej części. Film sam w sobie jest nawet fajny, ale jednak wolę książki.

piątek

Czyli dzisiaj. A więc znowu wstaliśmy o 8. Nasi znajomi zaczęli się pakować. Kiedy Weronika miała już wszystko w walizce nagrałyśmy Alleluja i zrobiłyśmy sobie razem kilka zdjęć. Udało nam się podłączyć do telewizora kamerę cioci Ani i obejrzeć nasze piękne zjazdy (przy okazji trochę się pośmiać...). Chwilę po 11 nasi znajomi pojechali sobie do Wielkopolski... Może przyjadą w wakacje, albo w następną zimę. I pojedziemy z nimi na ostatnią część Hobbita. Oglądnęliśmy z Szymkiem Pana od muzyki i oczywiście musiał się klasycznie zaciąć w samym środku filmu... Poniżej zdjęcia z Weroniką.

Teraz oto przedstawiam wszystkim mój najnowszy kolaż: Kolaż z kolażami! Połączyłam wszystkie moje najlepsze połączenia obrazów w jedną całość. Jestem zadowolona z efektu. Można tu znaleźć obrazki o tematyce Harry'ego Pottera, Percy'ego Jacksona, harcerstwa oraz moich ulubionych wokalistów. No i jest jeszcze moja gitarka!



Życzę wszystkim udanych ferii lub miłej nauki! :) I dziękuję wszystkim, którzy wytrwali do końca.
Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

11 komentarzy :

  1. widze, ze bylo bardzo fajnie ;P
    klaudmen.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Czwartek za dużo razu użyłaś słowa tradycyjniexD

    Tak ogl to zazdroszcze że miałaś okazje sb pojeździć na nartach bo ja w tym roku niestrty nie:(

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też mówię "pójść na dwór". Nie wyobrażam sobie mówić inaczej... Teraz już rozumiem dlaczego mówiłaś, że poszłaś w pole! Jejku... też fajne określenie. Ale "dwór" nie oznacza pałacu tylko.... dwór. Jejku, jakie to dziwne.
    Miałaś świetne ferie. Ja nie mam takich przygód! Masz świetne kuzynostwo, a rękawiczki Jaśka - bezcenne. W tym roku uczyłam się jeździć na nartach i po godzinie nauki nasz nauczyciel (czyt. ksiądz) posłał nas na duży stok. Wywaliłam się jakieś 10 razy ^^ Jak tak patrzeć to tobie poszło bardzo dobrze skoro nie jeździłaś 2 lata :) Tesz ogladałam "morze Potworów", ale film moim zdaniem był głupi i kiedy się skończył z kolegą i Marzi pękaliśmy ze śmiechu mówiąc "Magic szmatka". Znaczy się chodzi o ten kocyk ;)
    Ja tez bym chciała mieć tyle atrakcji. Stok, stok, filmy, kino, lody... Fajna kuzynka w domu... Pozazdrościć.
    Ja jak jeździłam na nartach w górach strasznie wysoko). Jeździłam w zwykłej kurtce, dżinsach i wełnianych rękawiczkach ;) Nie było źle ^^
    Masz stok blisko domu! :o
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  4. Też mówię "pójść na dwór". O mówieniu "iść w pole" czytałam w jakiejś książce i nieźle się zdziwiłam. Dopiero dłuuugo później dowiedziałam się, co to znaczy. Szczerze mówiąc, trochę nie wyobrażam sobie, jak można mówić "pójść w pole". To kojarzy mi się tylko z takim polem z pszenicą... No nic, nieważne.
    No to miałaś świetne ferie! Twoja rodzinka musi być naprawdę fajna. Nie ma to jak kręcenie filmików z przyjaciółmi. Też często to robię (oczywiście prawie zawsze te nasze "arcydzieła" są kręcone na mojej komórce...).
    Mi szczerze mówiąc średnio podobał się film "Morze potworów". Do momentu z Kronosem było w miarę spoko. Ale gdy z tego tytana zrobili olbrzyma z lawy i skały... Załamałam się głupotą twórców.
    Kolaż wyszedł Ci świetnie! A zdradziłabyś, jak taki zrobić?;)
    Pozdrawiam,
    Pola

    OdpowiedzUsuń
  5. widze ze bylo ciekawie
    Moze wpadniesz?
    http://tyna-tynuu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzę, że się dobrze bawiłaś w czasie ferii :))

    http://kalla-kala.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Super :) szkoda ze potem w 2 tyg nie moglysmy sie spotkać :* :( pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Wowo fajny wpis. Ja tez niedługo wybieram się na narty. Własnie kompletuje sprzet btw na http://www.nartywarszawa.pl bo tam można coś po normalnej cenie dostać, szczególne dla takiej nowicjuszki jak ja. Obczytuję się własnie po poradnikach i blogach dotyczacych tematyki nart bo chcę przed nadchodzącym sezonem wiedzieć jak najwięcej. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. U mnie też się mówi "na dwór". Ale masz fajnie, że możesz tak po prostu z domu pojechać na narty ;) ja mam do gór daleko i muszę czekać do ferii, w tym roku rodzice pozwolili mi jechać na obóz do białego dunajca, już się nie mogę doczekać!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja najczęściej mawiam"Wychodzę z zewnątrz,, albo "Idę na podwórko,,..
    Bardzo zazdroszczę Ci tak wspaniale spędzonych dni..i ta świadomość,że będzie co wspominać.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wszystkie komentarze ♥