23 lutego 2014

102. Pod naszym niebem, na naszej ziemi (...)

DMB (Dzień Myśli Braterskiej) -  święto przyjaźni obchodzone w dniu 22 lutego każdego roku przez harcerzy i skautów na całym świecie. Imieniny wszystkich harcerzy i skautów. Tego dnia 1857 roku urodził się założyciel skautingu - Robert Baden Powell.
Dla mnie ta data jest szczególnie ważna, ponieważ 22 lutego 2013, czyli rok temu złożyłam Przyrzeczenie Harcerskie. Nawet napisałam o tym kiedyś notkę >>TU<<.
No, to chyba mogę zacząć relację!





sobota
O 13:30 byłam pod gimnazjum, skąd mieliśmy jechać z całym szczepem do Myślenic. Oczywiście autobus się spóźnił, więc wyjechaliśmy dopiero chwilę po 14... Kiedy dojechaliśmy, zostawiliśmy plecaki w siedzibie hufca i ruszyliśmy na myślenicki rynek. Była tam już masa innych harcerzy. Druh Szymek wytłumaczył, że będziemy rozproszeni po całym rynku, a kiedy wybije 15 ruszymy tanecznym krokiem na środek placu. Rzecz jasna musieliśmy się najpierw nauczyć kroków tańca, których potem i tak prawie nikt nie umiał. Kiedy w końcu śmiejąc się i klaszcząc doszliśmy na środek rynku, zawiązaliśmy krąg i puściliśmy iskierkę przyjaźni. Następnie wsiedliśmy do dwóch autokarów i pojechaliśmy do Lipnika, gdzie miały odbyć się hufcowe obchody. Przydzielono nas do pokoju z zuchami (!), ale po interwencjach Majki udało nam się przenieść do harcerzy starszych. Kiedy już wszyscy się mniej - więcej ogarnęli, poszliśmy na salę gimnastyczną, gdzie odbyło się meldowanie. Następnie każdy dostał kawałek sznureczka. Mieliśmy porównywać ze sobą sznureczki innych i przypasowywać się do grup według ich długości (sznureczków). Grupa, do której się dostałam była jedną z największych. Była tam Grzela, Blada, Wiki, Patryk, Hubert, Olek, druh Szymek i wiele innych osób, których nawet nie znałam. Dostaliśmy kartki i długopisy. Naszym zadaniem było odrysować swoją dłoń, wyciąć i napisać z jednej strony imię najlepszego przyjaciela, a z drugiej dlaczego ta osoba jest naszym przyjacielem. Oczywiście na 100 osób było tylko 5 nożyczek, więc jeśli ktokolwiek miał to wspaniałe narzędzie w ręce od razu napadała na niego grupa harcerzy chcących wyciąć swoje dłonie. Ja musiałam zrobić ich aż 4... Podczas robienia łapek, każda grupa musiała wypisać zasady, według których można znaleźć przyjaciela. Blada chodziła z kartką do wszystkich i pytała. Były tam przeróżne punkty np. Chodzić do szkoły albo Myć się. Kiedy wszyscy zrobili swoje piękne rączki poszliśmy na kolację! Oczywiście okazało się, że nie ma dla nas normalnego stolika i musieliśmy siedzieć przy ławkach dla przedszkolaków (nie polecam...). Po kolacji odbyło się świeczkowisko. Usiedliśmy grupami, którymi siedzieliśmy podczas robienia łapek. Oczywiście gitarzyści musieli być w jednym miejscu, więc Blada i Szymek się od nas trochę oddalili. Podczas świeczkowiska uczyliśmy się robić skautowy węzeł przyjaźni.
Oto zrobiony przeze mnie węzeł przyjaźni. Powinien
wyglądać trochę inaczej, ale każdy kiedyś musi mieć
swój początek...
Kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, aż w końcu druhna komendantka zawiązała mi piękny węzeł i już zakapowałam. Czytaliśmy też nasze zasady, według których zdobyć przyjaciela oraz przyklejaliśmy na wielkim drzewie (narysowanym) nasze łapki z przyjaciółmi. Druh Kuba zaproponował trochę dziwną zabawę. Wszyscy mieli zamknąć oczy, chodzić po całej sali gimnastycznej i pytać napotkane osoby Przyjaciel?. Osoba, którą spotkaliśmy miała obowiązek odpowiedzieć Przyjaciel. Druh Kuba wyznaczył jedną osobę, która nie mogła się odzywać. Kiedy ktoś zapytał tą osobę czy jest przyjacielem, ona nie mogła nic powiedzieć. I ta osoba to był właśnie prawdziwy przyjaciel. Po świeczkowisku Kamil robił nam zdjęcia. Najpierw całym hufcem, potem drużynami. Nawet nasz szczep dorobił się osobnego zdjęcia! Potem większość osób, w tym wszystkie zuchy poszły spać. Ale jak ja bym mogła spać, skoro miało się odbyć śpiewogranie! Na początku było na nim bardzo dużo osób. Blada i druh Romek grali na swoich gitarach, ja na marakasach :D Powoli większość osób zaczęła się rozchodzić do sal. Druga większość osób wzięła piłkę do siatkówki i zaczęła grać w śledzia. A więc zostało tylko 5 osób. Potem jeszcze Blada gdzieś poszła. Harcerze grający w śledzia strasznie wrzeszczeli. Nie słyszałam co mówił do mnie druh Romek, który siedział może metr ode mnie, jak nie mniej. Postanowiliśmy więc przenieść się na górę. Ale tam przecież spały zuchy! I jak tu śpiewać, żeby nikogo nie obudzić! Po drodze spotkaliśmy Bladą, która uznała, że to śpiewogranie miało być na sali gimnastycznej, a nie granie w śledzia, więc wygoniliśmy wszystkich graczy i już śpiewaliśmy w spokoju. Nagle do sali wbiegł Olek. Był w kurtce, co mnie, Wiki i Karola trochę zdziwiło. Okazało się, że idziemy na grę nocną! Oczywiście my, siedząc na śpiewograniu nie dostaliśmy żadnej wiadomości o żadnym wyjściu w teren. Na szczęście nasza drużynowa była tak miła i poczekała aż ubierzemy się w mundury i kurtki. Kiedy już wyszliśmy na dwór, udaliśmy się za szkołę. Tam druh Burek oznajmił, że będziemy grać w podchody. Rozdzielił nas na trzy drużyny. Dwie miały pilnować miejsca, które było zaznaczone świeczkami, a pozostała drużyna, musiała jakoś to miejsce zdobyć. Na szczęście trafiłam do drużyny, która broniła. Kiedy doszliśmy do świeczek, druh Burek wyjaśnił nam, że tak na prawdę nie są to żadne podchody, tylko, że ktoś z pierwszej grupy złoży Przyrzeczenie. Gdy pierwsza grupa do nas przyszła i Majka kazała ustawić się w dwuszereg, Patryk złożył Przyrzeczenie Harcerskie i dostał Krzyż. Darliśmy się Hip! Hip! Huraa! na cały Lipnik.
Tu widzimy najlepszy na świecie szczep.

Do szkoły wróciliśmy chwilę przed północą. Przebraliśmy się w piżamy i mieliśmy zamiar wrócić jeszcze na śpiewogranie. Idąc w stronę sali gimnastycznej spotkaliśmy Hanię, która oświadczyła, że śpiewogranie właśnie się skończyło! :( Wróciliśmy więc do swoich sal i powłaziliśmy do śpiworów.Do drugiej w nocy wszyscy gadali, a ja chciałam spać. Dziewczyny gadały o wszystkim. Strzępki rozmów, które udało mi się usłyszeć: No, ale najpierw trzeba wziąć cytrynę i cukier!, Dlaczego ta poduszka jest taka twarda..., Kaśka zabij go! Teraz! Nie, co ty robisz?! Zabij!. Gdzieś w tle można było usłyszeć melodię z Harry'ego Pottera lub Hobbita, którą wykonywała Hania na swoim klasyku.


Tutaj całością (dużo nas).

A tu same harcerki.


niedziela
A oto moje 3 z 5 śpiewników.
Cóż może być przyjemniejszego niż obudzenie się o 6:30 w niedzielę? I to jeszcze przez dzwony? O 8 druh Kuba zawrzeszczał na pobudkę. Poszliśmy na powitanie dnia i rozciąganie się. Potem zjedliśmy śniadanie. Na szczęście dostał nam się już normalny stolik! Po śniadaniu zaczęło się pakowanie. Oczywiście zgubiłam swój sznurek od karimaty (tradycyjnie) i musiałam ją związać muliną. Na 9:30 poszliśmy do kościoła. Ludzie patrzyli się na nas jak na jakichś idiotów, ale tak jest zawsze i można się już do tego przyzwyczaić. Po mszy zaczęło się sprzątanie. Druhna komendantka cały czas czepiała się, że w naszej sali jest niepozamiatane, chociaż robiłyśmy to 3 razy i na mój gust było tam już całkiem czysto. Trzeba było też ułożyć ławki. Okazało się, że miały być one ustawione po dwie obok siebie, a nie pojedynczo, ale Blada powiedziała, żebyśmy zostawili już tak jak jest. Kiedy szkoła była już ogarnięta, wyszliśmy z plecakami na pole. I zaczęliśmy śpiewogranie! Mieliśmy 4 gitary i jedne marakasy. Darliśmy się straszliwie, chyba cała miejscowość nas słyszała. Szkoda tylko, że dopiero pod koniec śpiewania zorientowaliśmy się, że w kościele obok jest msza, a okna kościoła są otwarte... Zawiązaliśmy krąg, puściliśmy iskierkę przyjaźni i rozeszliśmy się do autokarów - Myślenice do swojego, a my do swojego! O 12:30 byliśmy w Dobczycach.

Całą akcję uważam za MEGA udaną i czekam na taką następną.

Mam dla Was także dwa filmiki harcerskie:

Filmik z Wieczornego ŚpiewograniaTUTAJ. Najgłośniej śpiewająca Blada, obok OlaBisz, ja z niebieskimi marakasami. W sumie nie spodziewałam się, że filmik będzie taki długi. Oglądnęłam tylko do 10 minuty i nie wiem czy będę miała kiedyś okazję obejrzeć całość. Od razu mówię, że lepiej tego nie słuchać, bo nasze wycie jest nie do zniesienia. Wstawiam to tutaj tylko po to, żeby nabić wyświetlenia... 
Jestem harcerzem TUTAJ. Akcja polegała na tym, że harcerze nagrywali filmiki, na których mówili jestem harcerzem. My nagrywaliśmy w szkole. Jestem na tym filmiku w 1:49, ale niestety nie dostałam się do grona osób, które pochwaliły się na filmiku, że są harcerzami. Za to jest tam mój brat (w rogatywce), Gabi (w szkole), Blada (w toalecie) i jeszcze kilka znajomych osób.

A tak w ogóle to po tym wyjeździe złapała mnie grypa :(



Niech Moc będzie z Wami!
~Ola

16 lutego 2014

101. Śpiewam do Was i do nieba (...)

Przedstawiam wszystkim ciąg dalszy moich ferii :) Zapraszam serdecznie do czytania!

We wtorek pojechałam z tatą i bratem na łyżwy. W sumie nie wiem dlaczego się na to zgodziłam, ponieważ ostatnio jeździłam na nich jakieś trzy lata temu. Zaraz po wejściu na lodowisku klasycznie glebłam. Szło mi całkiem nieźle, ale mogło być lepiej. Wywaliłam się jeszcze kiedy schodziliśmy z lodu, ale to było tylko i wyłącznie dzięki mojemu bratu, który mnie popchnął, żebym szybciej jechała.

W środę pojechałam z Karoliną do Bonarki na Złodziejkę Książek. Naprawdę bardzo fajny film. Poryczałam się z trzy razy. Muszę wziąć się za książkę! Po seansie chyba pięć minut wracaliśmy do centrum, szliśmy jakimiś schodami, najpierw w dół, potem w górę, jakimiś białymi korytarzami i w ogóle nie wiadomo czym. Dobrze, że były strzałki, bo inaczej chyba byśmy się pogubiły. Film naprawdę polecam!

Dalsza część notki, to recenzja z Nieobozowej Akcji Zimowej i Wieczornego Śpiewogrania, w których miałam okazję uczestniczyć. Było warto!

czwartek
Już dzień wcześniej miałam wszystko ładnie zaplanowane: w harcówce mam być o 10, czyli mogę spać do 9 i w końcu się wyśpię. Potem zorientowałam się, że źle popatrzyłam na grupę naszej drużyny na facebooku, i że NAZ zaczyna się o 9! No to trudno - wstanę o 8, też nie najgorzej. O 21 zadzwoniła do mnie drużynowa, z pytaniem czy mogłabym pomóc naszej przybocznej Mai w przeprowadzeniu gry. Oczywiście się zgodziłam. Tyle, że okazało się, że mam być po harcówką o 8, co znaczyło, że muszę wstać o 7 i kompletnie się nie wyśpię.

A więc o 8 byłam już pod harcówką. Oprócz mnie przyszli jeszcze Kamil, Olek, Wiktoria, Karol i Sonia. Okazało się, że będziemy stali na punktach na grze terenowej. Moim zadaniem było czekać na kolejne trzy patrole harcerzy z naszej drużyny na rynku. Każdy patrol miał zrobić bransoletkę z muliny. Im bardziej mi się podobała, tym mniej musieli płacić (pieniędzmi były papierowe żetony, które zdobywali na punkcie Sonii). W tym samym miejscu, co ja siedział Olek. Kiedy patrol zrobił już bransoletkę musiał dać Olkowi pięć monet za zaprowadzenie ich na następny punkt. Siedzieliśmy tam od 9 do 11. Było bardzo zimno, więc cały czas łaziłam po rynku, żeby się chociaż trochę rozgrzać. Kiedy w końcu wszystkie patrole przeszły przez wszystkie punkty, wróciliśmy do harcówki. Tam, czekały na nas już wszystkie patrole, łącznie z osobami, które obstawiały punkty gry i kadrą drużyny. Chwilę później przyszła Viktoria z gitarą akustyczną (^^). A więc urządziliśmy śpiewogranie! W sumie to tylko Viki i ja śpiewałyśmy, bo reszta nie znała tych piosenek co my... Następnie druh Burek zaproponował grę w stopy! Nikt nie znał czegoś takiego, więc się zgodziliśmy. I teraz jak myślicie? Na czym może polegać gra o nazwie stopy? Na mój gust chodziło o coś związanego ze stopami, w sensie stopami u nóg. A tu proszę! Tu chodzi o stop! Nie będę wyjaśniać o co w tej zabawie chodzi dokładnie, ponieważ jest to straszliwie skomplikowane... Potem graliśmy w filmy. Dwie osoby opowiadają jakiś film (wymyślony), a reszta musi ten film zagrać. Utrudniliśmy to trochę, ponieważ dwie osoby podawały tytuł filmu, a my musieliśmy wymyślić o czym on będzie i to przedstawić. Niektóre tytuły były serio głupie, np. Wypukłości w mojej głowie lub Suche majtki na dnie morza. Łatwo zagrać tego nie było, serio.
Obiad. Na zdjęciu widzimy Olę, Emilkę i Weronikę :)
Potem poszliśmy do dużej szkoły na obiad: kotlet, ziemniaki i kapusta (jak to u nas w szkole). Po obiedzie wynudziliśmy druha Burka o wyprawę do Delikatesów. Następnie mieliśmy jeszcze jedną grę terenową, w której brali udział wszyscy. Poszliśmy na zamek i podzieliliśmy się na dwie grupy. Zadaniem każdej, było znaleźć 7 kawałków sznurka, 5 pustych butelek po Tymbarku i kilogram mąki (wszystko było wcześniej schowane przez Biedrona). Kiedy Krzysiek zagwizdał musieliśmy się gdzieś schować, podczas gdy on chodził po moście i wypatrywał. Jeśli ktoś został przez niego zauważony przez 2 minuty nie mógł brać udziału w grze. Kiedy miało się już wszystko trzeba było od słupa mostu prowadzącego do zamku do tekturowego pudełka, które stało z 30 metrów dalej poprowadzić lont, którym był sznurek. Co jakiś czas trzeba było przywiązać do sznurka butelkę z mąką (ładunek z prochem). Cała akcja polegała na tym, żeby wysadzić most. Już pominę fakt, że po tej grze miałam całe buty i spodnie w mące oraz błocie, co nie daje najlepszego efektu po powrocie do domu i otworzeniu drzwi przez mamę.
Grając w filmy. Tu akurat widzimy komedię romantyczną: Karol z Wiktorią są na randce, obok nich Kamil jako Amorek z łukiem, reszta śpiewająca Miłość rośnie wokół nas i ja grająca do tego na gitarze. Z boku stoi Viktoria i wyjaśnia wszystkim co mają robić. Czyli  totalny chaos, jaki przeważnie panuje w naszej drużynie!
Też filmy, ta sama scena, tyle, że teraz Koptuś i Kamil są drzewami... Oczywiście wszystko odbywało się w sali lekcyjnej, a nie w harcówce :D
piątek
Udało mi się wstać o 8. Wpół do 9 była już u mnie Gabi, więc śniadanie musiałam wziąć do ręki. Byliśmy w harcówce jakieś 10 minut przed 9. Kiedy już prawie wszyscy przyszli, podzieliliśmy się na małe grupki. Do mojej należała Gabi, Emilka, Ola i Weronika. Z gazet, które przynieśliśmy robiliśmy koszyczki. Tylko, że koszyczki nikomu nie wychodziły, więc po półtorej godziny zrezygnowaliśmy i zaczęliśmy tworzyć własne rzeczy z gazet. Nasza grupka zbudowała coś na kształt ogniska, ale włożyliśmy do środku jabłko, a na zewnątrz przyczepiliśmy kwiatki... Potem śpiewaliśmy różne piosenki, a Viktoria grała na swojej gitarze akustycznej (^^). W końcu druh Burek kazał nam się ubrać i ustawić w dwuszereg. Poszliśmy w miejsce, gdzie na WOŚPie odbywa się rajd. Podzieliliśmy się na 3 grupy: Alfę, Betę i Gammę. Ja trafiłam do Bety. Alfa z pomocą Viktorii schowała armatę (rurę) w swojej bazie, którą wcześniej ustalili. Ich zadaniem było bronić armaty, tak żeby żadna z pozostałych drużyn jej nie znalazła. Oczywiście to my wygraliśmy i ukradliśmy Alfie armatę!
Z okazji, że z tego dnia nie ma zdjęć, wstawiam tu zdjęcia,
 które są już dość stare, ale mi się podobają. Tu np.
widzimy mój kochany, kieszonkowy poradnik gitarowy.
Potem poszliśmy na obiad: ryba, ziemniaki i ogórki. A następnie udaliśmy się do Delikatesów! Kiedy wróciliśmy do harcówki znowu graliśmy w stopy. Potem Ola przyniosła narysowanego przez Sonię Chińczyka (w sensie grę). Utrudnieniem było to, że na każdym polu było jakieś pytanie związane z harcerstwem. Najlepsze były pytania z kategorii czerwonej, ponieważ tam, na karteczkach były zdjęcia różnych osób z naszego hufca i trzeba było powiedzieć jaką mają funkcję. Ja trafiłam na druha Słowika (kwatermistrza) oraz druhnę Paćkę, której nie poznałam (komendantkę) xd. Kiedy wszystkim znudziła się ta gra postanowiliśmy wepchać się do zuchów na bal walentynkowy. Wbiliśmy do sali wężykiem, śpiewając Miłość rośnie wokół nas. Pląsaliśmy z nimi w Za ciasne dżinsy, a potem każdy harcerz musiał tańczyć z zuchem. Było naprawdę bardzo fajnie XD. Kiedy wróciliśmy do naszej sali, graliśmy w Ci ci a. To taka gra polegająca na całowaniu... Tak, harcerze mają takie gry... Po jakimś czasie postanowiliśmy już z tym skończyć i zagrać w coś innego. Padło na On the pony i Płyną statki z bananami. Podczas tego drugiego zuchy wbiły do nas! Kiedy już nikomu nie chciało się kompletnie nic robić, a za chwilę miała dojść 18 (koniec zajęć), druh Burek kazał nam się ubrać i ustawić w kolumnę dwójkową, po czym ruszyliśmy w stronę rzeki. Tam Hubert miał składać przyrzeczenie, ale kiedy padło pytanie Czy chce druh w dniu dzisiejszym złożyć przyrzeczenie harcerskie?, Hubert odpowiedział, że nie jest jeszcze na to przygotowany... I rozeszliśmy się do domów. Czy ktoś z Was nie chciałby składać przyrzeczenia harcerskiego i dostać krzyża, kiedy ma na to szanse? Przecież to awans, na który ma szanse niewiele osób. To droga do otwierania nowych stopni, nowych wtajemniczeń, nowych funkcji i sprawności. Czy ktoś z Was odrzuciłby taką szanse? Ja jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałam... I byłam bardzo zdziwiona...

sobota
Zdjęcie z gry terenowej XD Od lewej: Patryk, ja, Hubert i Gabi.
Po przyjściu do harcówki wyruszyliśmy na grę miejską. Trzeba było zrobić zdjęcia zdjęciom z miejscami, w których mają być schowane koperty z zadaniami. Oczywiście to ja musiałam je zrobić, więc konsekwencjach zdjęcia były nieostre... Punkty były pochowane po całych Dobczycach, więc było trochę trudno. Nasz patrol wrócił do harcówki drugi. Kiedy już wszyscy przyszli, a Krzysiek odśpiewał piosenki, które każdy patrol wymyślał na pewnym puncie (na swoją melodię), oglądaliśmy Mikołajka. Jak to z harcerzami, oglądać raczej się nie dało, bo albo ktoś gadał, albo ktoś wychodził, albo robił jakieś zupełnie inne rzeczy. W końcu Ola zatrzymała film i powiedziała, że idziemy na obiad (kotlet, ziemniaki i buraki). Kiedy wróciliśmy, skończyliśmy oglądać Mikołajka. Potem praktycznie był czas wolny: śpiewaliśmy, graliśmy na gitarze Viktorii, graliśmy w karty, pisaliśmy po tablicy itd. Następnie wyruszyliśmy na następną grę terenową. Podzieliliśmy się na dwie drużyny: pomarańczową i żółtą. Trafiłam do żółtej. Zadaniem pomarańczowych było schowanie gdzieś Toffifee, a my mieliśmy je znaleźć. Dla utrudnienia każdy miał na ręce bibułkę koloru swojej drużyny. Jeśli ktoś z przeciwnej drużyny zerwał bibułkę, trzeba było się po nią wrócić do Majki. Potem była zamiana ról - my chowaliśmy, a pomarańczowi szukali. Sonia i Olek pobiegli schować Toffifee, a reszta schowała się za drzewami. Było już ciemno, więc widoczność była ograniczona. Słyszałam głosy przeciwnej drużyny, mówili coś, że za drzewem ktoś jest. Byłam pewna, że chodzi o mnie, na szczęście okazało się, że chodziło im o Olę i Szymka. Ktoś mnie jednak zauważył - Gabi. Patrzyła na mnie przez jakieś 10 sekund, ja patrzyłam na nią i się nie ruszałam. Potem opowiadała, że uznała, że ma zwidy i poszła dalej. Ale Weronika i Hubert i tak mnie zauważyli. Podczas gry Ola znalazła skrzyneczkę ze skarbem, w której były... plakietki naszej drużyny! Teraz jeśli tylko ktoś popatrzy na nasz mundur już wie z jakiej jesteśmy drużyny!
Piękne zdjęcie Oli. Na pierwszym planie sweterek i głowa
druha księdza kapelana, po lewej Blada ze swoim
klasykiem, a w tle druh Romek z dziwną miną. Jego wiśniową
 gitarę można zauważyć w kącie, za Bladą.

Do harcówki wróciliśmy po 18. Większość osób poszła do domu, ale niektórzy zostali na Wieczornym Śpiewograniu. W harcówce było już bardzo dużo osób, między innymi druhna komendantka, druh ksiądz kapelan, Kamil od PoProstuTv i wiele innych osób z hufca. No i oczywiście nasze kochane gitarzystki: Blada i Ola Bisztyga. Przyjechała nawet Zuza i druh Romek - tata naszego przybocznego. Na początek śpiewaliśmy wszystkim znane piosenki, takie klasyczne, harcerskie. Druhna komendantka przeglądała śpiewnik mojego taty... O 20 większość osób już rozeszła się do domów, ale ja zostałam. Przy Balladzie o krzyżowcu udało mi się dorwać do gitary Viktorii! Miałam też zaszczyt być męskim głosem w Połoninach niebieskich, czyli w sumie tym prowadzącym... Blada mnie do tego wytypowała, ponieważ żaden chłopak nie umiał tego zaśpiewać... A druh Romek wymyślił piosenkę o naszym szczepie! Oczywiście geniusz ja zostawiłam jej tekst w harcówce, ale jest naprawdę genialna! O 21 przyjechał po mnie tata. No i skończyło się śpiewogranie - Blada miała chrypę, Ola zjechała opuszki, a marakasy druha Romka się rozwaliły. Czekam na takie następne śpiewogranie, bo było naprawdę genialnie!

Kolejne genialne zdjęcie Oli. Na pierwszym planie ja, rozmawiająca z druhną komendantką, dalej Kubuś rysujący coś oraz Kamil, Magda i jej mama zażarcie dyskutujący ze sobą o... coś.
niedziela
A to moja tablica korkowa. Można na niej
zauważyć mnóstwo ciekawych rzeczy, np.
certyfikat warsztatów fletowych, zdjęcie ze
szkolnego przedstawienia, przypinkę 'Blada!
Idź do Mam Talent!'
, mój śpiewnik z kursu
zastępowych i wieeele innych.
Czyli dzisiaj. Wstałam o dziwo 15 po 7 i jakoś od razu zorientowałam się, że jest niedziela (przeważnie mi się to nie zdarza). Ogarnęłam się i poszłam do harcówki. Dzisiaj przyszło mniej osób niż w poprzednie dni. Na początku podzieliliśmy się na 3 patrole i rysowaliśmy mapy do skarbów, które potem chowaliśmy. Nasza prowadziła na drogę do zamku, gdzie znajdowała się kartka z listem, w którym pisało, że trzeba się wrócić do rynku. Potem od Delikatesów w lewo i do starego placu zabaw, gdzie w piaskownicy był schowany wagonik od pociągu zuchów. Grupa, która miała naszą mapę, jakimś cudem obeszła dookoła zamek i dopiero wracając zauważyła kopertę o.O. Mapa, którą dostaliśmy i według której mieliśmy znaleźć skarb była nawet prosta. Poszliśmy wzdłuż kościoła, w stronę plebanii, gdzie w drzewie był list z mniej-więcej takim tekstem: Buhahahaha! Nabraliśmy was! Skarb znajduje się w ... i tu było zaszyfrowane słowo harcówce. Kombinowaliśmy z wszystkimi podstawowymi szyframi, aż w końcu wpadliśmy na to, że to może być 'zamiana'! Polecieliśmy więc do harcówki, gdzie między płatami materiału na ścianach było włożone puste pudełko po czekoladkach - to był skarb. W następnej grze brali udział harcerze starsi. Chodziło o to, że jesteśmy w grze komputerowej i żeby się z niej wydostać musimy znaleźć wyjście z systemu, które wskaże nam hasło. Hasło miało się zdobyć od poszczególnych osób. Chodziliśmy losowanymi parami, ja z Wiktorią. Najpierw znalazłyśmy Majkę, która kazała nam przynieść dla niej ser. Poszliśmy więc do Burka, który kazał nam rozszyfrować jakąś wiadomość, a kiedy już to zrobiliśmy dał nam ser i wróciliśmy do Majki, która powiedziała nam gdzie mamy iść - do hakera. Hakerem była Viktoria, która czekała na osiedlu. Kiedy byliśmy już bardzo blisko, zza rogu wyskoczył Koptuś i klepnął mnie w plecy. Viktoria wyjaśniła nam, że to Wirus. Jeśli Wirus cię dotknie dostajesz wstążeczkę, jeśli masz 3 wstążeczki odpadasz z gry. Viktoria dała nam część hasła: błękitna. Potem u Burka zdobyliśmy słowo lama. Poszliśmy do Krzyśka, który sprzedawał antywirusy, dzięki którym można było uniknąć Wirusa, który da nam hasło, jeśli to my go złapiemy. Niestety nie udało nam się go złapać, ale Patryk powiedział nam jaka jest pierwsza część hasła: łysa. Wyjście z systemu było w harcówce, gdzie czekała Dominika. Kiedy powiedzieliśmy jej hasło: Łysa, błękitna lama, wpuściła nas do środka. Mieliśmy wybrać czy idziemy w prawo czy w lewo. Zły wybór - odpadnięcie z gry. Na szczęście udało nam się wybrać dobrą drogę i skończyć grę. Większość harcerzy poszła razem do kościoła na 13, ale ja umówiłam się z mamą, że pójdziemy razem na 18.
Ogólnie NAZ bardzo mi się podobał, a Wieczorne Śpiewogranie tym bardziej. Czekam na powtórkę!

Tekst w tytule notki o fragment pięknej piosenki harcerskiej pt. Wieczorne śpiewogranie, której można wysłuchać TUTAJ. To wykonanie bardzo mi się podoba: kilka głosów, co ja uwielbiam. :D

Dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednią notką, było ich aż 17! Dziękuję także Ani, która wykonała nowy nagłówek na tego bloga! ^^ Co o nim sądzicie? Bo mi się bardzo podoba!

Niech Moc będzie z Wami!
~Ola

11 lutego 2014

100. Mamy roczek!

Wprawdzie ta notka powinna się ukazać dopiero w piątek, ale ani jutro, ani w czwartek, ani w piątek nie będę miała czasu na napisanie czegokolwiek.
Założyłam bloga w Walentynki. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dlaczego w ogóle założyłam bloga? Chyba z nudów. Tak po prostu. Nawet już nie pamiętam. Pomyśleć, że przez ten rok napisałam 100 notek! Zaczęłam od posta o śnie o dziwnym pokoju. Bez żadnego wstępu ani nic...
Niżej takie małe podsumowanie tego wszystkiego, co udało się Wam zdziałać przez ten rok.


Na Herbatkę weszliście 14 230 razy.
Łącznie napisaliście 767 komentarzy.
Jest Was 74, z czego chcę szczególnie podziękować pewnym pięciu osobom:

Stasia! Chociaż często zawiesza się Jej komputer lub siostra nie chce Jej do niego dopuścić, komentarz tej bloggerki można zobaczyć pod każdą notką - prędzej czy później. Pisze się z Nią bardzo fajne maile, chociaż czasem nie chce Jej się na nie odpisywać, ale w końcu zawsze to robi ;) Kiedy czytam Jej komentarze zawsze się odruchowo uśmiecham.

BonaVonTurka! Jeśli w notce jest jakaś wzmianka o gitarze, to połowa komentarza Bony jest poświęcona właśnie temu instrumentowi. Pisze jedne z najdłuższych komentarzy, które bardzo lubię czytać. Wymyśla genialne pseudonimy!

Bukowina! Podobnie jak Bona, często w komentarzach pisze o gitarach. Dzięki Niej dowiedziałam się kilku dość ważnych rzeczy o tych instrumentach. Bukowina pisze genialne opowiadania! I znowu tak jak Bona wymyśla strasznie fajne pseudonimy. Wydajecie mi się do siebie bardzo podobne i zawsze mi się ze sobą kojarzycie... Przepraszam, jakby coś, ale jakoś tak...

Pola! Od początku przyciąga Jej obsesja na punkcie Percy'ego Jacksona. Coś o Jej komentarzach... jedne z najdłuższych. Tak jakoś lekko się je czyta. Podoba mi się taki zwyczaj na Jej blogu, że na koniec każdego miesiąca robi jego podsumowanie. Opisuje książki, filmy, piosenki i wszystko inne. Wydaje mi się taką pewną siebie i wesołą dziewczyną.

Wiki! Nie, nie zapomniałam o Tobie. Przez niektórych może być kojarzona jako 'Dziewczyna od pora'. Znam Ją od przedszkola. Jej komentarze są wprawdzie jednymi z najkrótszych, ale przeważnie jest ze mną na wydarzeniach, które opisuje. Naprawdę fajnie czytać komentarze kogoś, kto przeżył to samo, ale jednak ma inne wspomnienia, są dla niego ważniejsze inne rzeczy.



Statystykami jest mile zaskoczona. Wcześniej nigdy na nie nie zwracałam uwagi, a teraz, kiedy to zobaczyłam nie chciało mi się wierzyć. Oczywiście dziękuję wszystkim za wszystkie komentarze. Cieszę się, że jest Was tak dużo i mam nadzieję, że dotrwamy do następnych urodzin przynajmniej w takim gronie jak wyżej.

Co do postanowień blogowych, jakichś specjalnych nie mam. Jedyne co, to pracować i pracować oraz dążyć do lepszej interpunkcji i stylu zdań. Nie wiem jak potoczy się następny rok, pójdę do gimnazjum, przejdę do innej drużyny... Jakoś to może będzie.

Dziękuję Stasi za pozwolenie na wykorzystanie jej pomysłu ze szczególnymi osobami ;)

Niech Moc będzie z Wami! (przyzwyczajcie się, że będę tak pisać zamiast Pozdrawiam serdecznie!)
~Ola

7 lutego 2014

99. Na narty!!


sumie to ta notka nie będzie tylko o nartach. Mam zamiar opisać tu mój pierwszy tydzień ferii. Wytrwałych serdecznie zapraszam do czytania!




W niedzielę po godzinie 23 przyjechali do nas znajomi z Wielkopolski: ciocia Ania, wujek Łukasz, rok starsza ode mnie Weronika oraz jej bracia - 11 letni Szymek i 9 letni Jasiek. Mówią trochę inaczej niż my. Np. każdy na pewno zna nazwę temperówka. Chodzi o przyrząd do strugania kredek, ołówków itd. U nas mówi się na to strugaczka, a u nich ostrzytko. Byli strasznie zdziwieni naszą nazwą, a my ich. My mówimy idę na pole w sensie wychodzę na zewnątrz, a oni mówią idę na dwór. Kiedy to usłyszałam zaczęłam się zastanawiać gdzie w pobliżu jest jakiś dwór. No i patrzcie: niby ten sam język, a jednak mówi się zupełnie inaczej!


poniedziałek

W nocy kłóciłyśmy się z Weroniką o pościel. Skończyło się na tym, że moja współlokatorka była cała schowana pod kołdrą, a ja musiałam kulić się i przykryć poduszką... Rano, kiedy wszyscy już się ogarnęli, przywitali itd. poszliśmy na sanki! Nasi znajomi przywieźli ze sobą takie genialne deski do zjeżdżania po śniegu. Nie mogliśmy jednak długo znaleźć miejsca, z którego można by było zjeżdżać. W końcu odkryliśmy fajne wzniesienie, był jednak jeden minus - wzniesienie kończyło się dwumetrowym uskokiem, przed którym trzeba było się zatrzymać, żeby nie spaść. Oczywiście bracia Weroniki z moim bratem specjalnie nie zdążali wyhamować i lądowali w śniegu, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował - ważne, że było fajnie. Kiedy przyszliśmy do domu Weronika odkryła, że mamy pianino. Grałyśmy Someone Like You - piosenkę, której Weronika nauczyła mnie dwa lata temu. Potem śpiewałyśmy Alleluja. Znaczy Weronika śpiewała, a ja grałam. Ona i jej bracia należą do chórów, więc wszyscy mają genialne głosy. Potem grałyśmy w minecrafta. Ja osobiście nienawidzę tej gry, więc tylko patrzyłam jak Weronika z chłopakami zasuwają na naszej starej klawiaturze po tym kwadratowym świecie. Po obiedzie pojechaliśmy do wypożyczalni nart dobrać odpowiednie buty i cały sprzęt. Mi w tym roku przypadły szaro-czerwone buty i czerwone narty. Szymkowi cały czas coś nie pasowało, więc siedzieliśmy w wypożyczali jakieś dwie godziny. Kiedy wróciliśmy do domu okazało się, że moja mama zrobiła pyszną galaretkę! Wszyscy zjedli swoje porcje w minutę, a kiedy okazało się, że nie ma więcej co poniektórym chciało się płakać (mój brat). Wpadłyśmy z Weroniką na pomysł nagrania teledysku do piosenki z Pocahontas. Weronika narzuciła na siebie jakieś chusty i apaszki i włożyła we włosy pióro pawia (tylko takie znalazłyśmy...). Ja miałam nagrywać kamerą. Puściłyśmy piosenkę z telefonu. Weronika udawała, że śpiewa, a ja wszystko filmowałam. Oprócz tego były też efekty specjalne typu wycie wilka (ja), imitowany księżyc (lampa), czy efekt gór (nabazgrane szczyty przyczepione na tablicy korkowej). Potem zamieniłyśmy się rolami. Z efektu końcowego śmiali się wszyscy. Po 20 zjedliśmy kolację, a o 21 leżeliśmy już w łóżkach. Oczywiście moja siostra musiała się wepchać do mojego pokoju z materacem i spać z nami!

wtorek

Duże stoki w Sieprawiu. Zdjęcie z internetu.

Wstaliśmy o 8. Na szybko oglądnęliśmy nowy odcinek Po Prostu Tv, ubraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i mieliśmy zamiar jechać na narty. Niestety okazało się, że nie mam żadnego kombinezonu ani nawet kurtki narciarskiej i nie mam jak zjeżdżać ze stoku! Na szczęście ciocia Ania pożyczyła mi swoje ortalionowe spodnie i kurtkę. O 9 mieliśmy już być w Sieprawiu, jednak 5 po 9 dopiero wyjechaliśmy z domu. Na miejscu wujek Łukasz kupił 4 karnety na duże wyciągi - dla niego, Szymka, Jaśka i mojego brata oraz 2 na mały wyciąg - dla Weroniki i dla mnie. Uznałyśmy, że przed zjazdem z dużych stoków trzeba sobie przypomnieć jak się jeździ. W końcu nie robiłyśmy tego 2 lata. Na pierwszym zjeździe jechałyśmy straszliwie powoli, cały czas pługiem, tak jakbyśmy chciały zahamować. Potem szło już lepiej. Kiedy wykorzystałyśmy już 10 zjazdów na małym stoku, wujek Łukasz kupił nam jeszcze po godzinę na dużych. Jeździłyśmy tylko na stoku z lewej strony, ponieważ chłopaki mówili, że na tym po prawej jest bardzo stromo. Przez wszystkie zjazdy nie wywaliłam się ani razu. Tylko kiedy wsiadałam na wyciąg wyślizgnęła mi się narta. Dobrze, że to był wyciąg orczykowy, bo gdyby był krzesełkowy już byłoby po mnie. Gdzieś o 12 skończyliśmy jeździć. Wszyscy byli bardzo głodni więc szybko pojechaliśmy do domu. Przy obiedzie śpiewaliśmy Weronice Sto Lat z okazji imienin.
Godzinę później spakowaliśmy się do dwóch samochodów i pojechaliśmy do parku wodnego w Krakowie. Byłam tam już wiele razy i zawsze chcę wracać. Mają genialne zjeżdżalnie. Wujek Łukasz powiedział nam, że jedna z nich jest od 12 lat, więc uznałyśmy, że nie będzie jakoś strasznie
Zjeżdżalnie w parku wodnym na zewnątrz.
ekstremalna. Zjeżdżalnia prowadziło prawie pionowo w dół, więc aż wrzeszczałam podczas zjeżdżania. Potem okazało się, że była ona od lat 16... Jeździliśmy też na tych, które wychodzą na zewnątrz. Do tej pory byłam tylko na tych od 10 lat. We wtorek odważyłam się pojechać tymi od 13. Na białej co chwilę zalewała mnie woda, bałam się, że zaraz utonę! Żółta prowadziła znowu prosto na dół, ale na szczęście mniej niżte w środku. Potem poszłyśmy na rwącą rzekę. Nurkowałyśmy wymieniając się okularkami. W końcu podczas jakiejś wymiany okularki poleciały na dno. Wszyscy zaczęli ich szukać. Dopiero po pół godzinie wujek Łukasz je znalazł. O 18 wyszliśmy z parku wodnego. Rodzina Weroniki pojechała do swoich znajomych z Krakowa, a my do Gruszowa odwieść kuzynkę Maję. Babcia nasmażyła mnóstwo naleśników, więc w domu byliśmy dopiero po 20. Byliśmy już strasznie wykończeni, więc od razu po położeniu się do łóżek zasnęliśmy.

środa

Znowu wstaliśmy około 8. I znowu mieliśmy być na stoku o 9. I znowu dopiero o 9 wyjechaliśmy. Do tego Jasiek przypomniał sobie, że przecież nie wziął rękawiczek, więc musieliśmy się wracać. Kiedy już dojechaliśmy, wszyscy od razu poszli na dużo stoki. W ten dzień nie szło mi jeżdżenie na nartach. Podczas pierwszego zjazdu wywaliłam się chyba z 3 razy. Może dlatego, że byłam nie rozgrzana? Potem było już tylko coraz lepiej. Zaczęłam się trochę rozpędzać. Chłopaki śmigali na swoich nartach po śniegu, czasem nawet jeździli na krechę. Odważyłam się zjechać na prawym stoku. Okazało się, że nie jest taki zły jak wszyscy mówili. Był szeroki, więc fajnie się na nim jeździło slalomami. Niestety korzystało z niego bardzo dużo snowboardzistów, którzy podczas hamowania zamiatali swoim sprzętem śnieg, a stok pozostawał oblodzony. Na takim stoku można się łatwo poślizgnąć. Potem jeździłam na zmianę: raz na lewym, raz na prawym. Ciocia Ania biegała za nami z kamerą. Mój pierwszy zjazd na prawym stoku został więc uwieczniony! Przed 12 pojechaliśmy do domu. Zjedliśmy obiad, a ciocia Ania zapaliła spóźnioną petardę tortową. Oczywiście Jasiek musiał ją ruszać, co skończyło się tym, że petarda przewróciła się na plastikową butelkę z wodą, która zaczęła płonąć! Na szczęście szybko udało się wszystko zgasić. Potem pojechaliśmy do kina na Hobbita. O 14:30 miał się zacząć film. Niestety okazało się, że wszystkie bilety na tą godzinę są już wykupione, a następny seans leci dopiero o 15:45. Co mieliśmy robić? Czekaliśmy jedząc lody i zwiedzając sklepy.
Próbowaliśmy znaleźć dla mnie jakąś narciarską kurtkę, ale tak jak się spodziewaliśmy te wytrzymałe kosztowały 6 tysięcy i wzwyż, a te tańsze były po prostu kiepskich firm (mój tata się trochę na tym zna), więc postanowiliśmy, że wybierzemy się kiedyś do Decathlonu. O wyczekiwanej 15:45 weszliśmy do sali numer 9 i zajęliśmy miejsca. Każdy z nas już długo czekał na drugą część filmu o przygodach Bilbo Bagginsa. Przez połowę filmu nie patrzyłam. Panicznie boję się pająków, a na ekranie trochę ich było. Co chwilę pytałam się Weroniki czy już mogę patrzeć... Ogólnie film bardzo mi się podobał. Znowu przerwali w takim fajnym momencie! Pozostaje mi tylko czekać do następnej zimy na kolejną część. Pomimo dość wczesnej pory już w samochodzie wszyscy zasypiali. W domu oglądaliśmy występy chórów Weroniki, Szymka oraz mojego. Szkoda, że już do niego nie należę. Gdybym tylko miała możliwość zapisałabym się do jakiegoś. Tam w Poznaniu jest takich chórów mnóstwo. Tutaj jest jedno z najlepszych wykonań chóru Weroniki: You Raise Me Up. Przed śpiewaniem imitują burzę. Mnie to zadziwiło!

czwartek


Tradycyjnie wstaliśmy o 8. Tradycyjnie wyjechaliśmy o 9. Kiedy już dojeżdżaliśmy Jasiek krzyknął, że nie ma rękawiczek. Wujek Łukasz zaczął cofać, ponieważ nie mógł znaleźć miejsca do zaparkowania, a Jasiek zaczął wrzeszczeć, że żartował i żebyśmy się nie wracali... W ten dzień jeździło mi się nawet fajnie. Przewróciłam się tylko raz i to na orczyku, więc nie najgorzej. Ciocia Ania latała za nami tym razem z aparatem. Nie mogła złapać mojego brata, ponieważ śmigał tak szybko, że nawet nie orientowała się kiedy koło niej przejeżdżał. Znowu tradycyjnie skończyliśmy o 12. Po zjedzeniu obiadu oglądaliśmy drugą i połowę trzeciej części Star Wors'ów. Następnie postanowiliśmy przejść się do biblioteki. Chciałam wypożyczyć Hobbita, a mój brat Władcę Pierścieni. Pani bibliotekarka powiedziała, żebyśmy szukali na dziale lektur lub fantastyki. Szukaliśmy pół godziny - nie znaleźliśmy niczego. W końcu pani nam pomogła i znalazła Hobbita. Władcę Pierścieni odkrył Szymek. Potem pojechaliśmy do moich kuzynów na Skrzynkę. Graliśmy tam na Nintendo. Najpierw w wyścigi. Dali mi do ręki coś przypominającego kierownicę i kazali jechać samochodzikiem, który był w lewym górnym rogu telewizora. Kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, więc naciskałam wszystkie możliwe guziczki i obracałam czymś kierownico-podobnym. O dziwo zajęłam pierwsze miejsce... Potem mój kuzyn przełączył coś i graliśmy w to, co nawet lubię czyli Wii. Stoi się na specjalnej podkładce i np. skacze się na nartach, albo omija się jakieś kule. Byłam najlepsza w kręceniu hula-hop. Nieźle szło mi też latanie - zajęłam drugie miejsce. Potem graliśmy w piłkarzyki. Oczywiście musiałam przegrać... Po 19 pojechaliśmy do domu. Chwilę później przyjechał wujek Krzysiek z pendrive'm na którym miał Morze Potworów! Zgrałam sobie ten film na laptopa. Po umyciu się oglądałyśmy go z Weroniką. Jest to druga część filmu z serii Percy'ego Jacksona, która w wakacje szła w kinie. Jako film na podstawie książki Morze Potworów jest beznadziejnym filmem, ale przynajmniej Annabeth ma jest już blondynką, a nie szatynką tak jak w pierwszej części. Film sam w sobie jest nawet fajny, ale jednak wolę książki.

piątek

Czyli dzisiaj. A więc znowu wstaliśmy o 8. Nasi znajomi zaczęli się pakować. Kiedy Weronika miała już wszystko w walizce nagrałyśmy Alleluja i zrobiłyśmy sobie razem kilka zdjęć. Udało nam się podłączyć do telewizora kamerę cioci Ani i obejrzeć nasze piękne zjazdy (przy okazji trochę się pośmiać...). Chwilę po 11 nasi znajomi pojechali sobie do Wielkopolski... Może przyjadą w wakacje, albo w następną zimę. I pojedziemy z nimi na ostatnią część Hobbita. Oglądnęliśmy z Szymkiem Pana od muzyki i oczywiście musiał się klasycznie zaciąć w samym środku filmu... Poniżej zdjęcia z Weroniką.

Teraz oto przedstawiam wszystkim mój najnowszy kolaż: Kolaż z kolażami! Połączyłam wszystkie moje najlepsze połączenia obrazów w jedną całość. Jestem zadowolona z efektu. Można tu znaleźć obrazki o tematyce Harry'ego Pottera, Percy'ego Jacksona, harcerstwa oraz moich ulubionych wokalistów. No i jest jeszcze moja gitarka!



Życzę wszystkim udanych ferii lub miłej nauki! :) I dziękuję wszystkim, którzy wytrwali do końca.
Pozdrawiam serdecznie!
~Ola