27 grudnia 2014

141. „Let it snow!"


Taak! Doczekaliśmy się! Oto spadł pierwszy śnieg! Wprawdzie bardziej cieszyłabym się, gdyby pojawił się przynajmniej w środę, ale ważne, że w ogóle jest! Boję się tylko, żeby nie złapało mnie jakieś choróbsko, bo nie chciałabym zmarnować tak długiej przerwy świątecznej, jaką mamy w tym roku! Dzisiaj rano miałam okazję asystować mojemu tacie przy obsługiwaniu grupy, która wybierała się na narty. W wypożyczalni nart było dość zimno (ale cieplej niż na dworze!), a siedziałam w niej od 6, więc kiedy wróciłam do domu miałam okropny katar. W poniedziałek za to wybieram się z harcerzami na kolejną akcję zarobkową - kolędowanie. Mam grać na flecie, a wątpię, żeby wtedy było ciepło, więc nie wiem jak moje palce to przetrwają.
Gif pochodzi z weheartit.com, oczywiście.
Moje święta Bożego Narodzenia wyglądały w sumie tak jak co roku. Najpierw razem z babcią i dziadkiem zjedliśmy kolację wigilijną, pośpiewaliśmy kolędy, rozpakowaliśmy prezenty, a następnie pojechaliśmy do drugiej babci, gdzie także każdy coś dostał. W tym roku pod choinką niestety nie znalazłam żadnych książek. Ale może to w sumie dobrze? I tak mam teraz mnóstwo rzeczy do czytania, między innymi moich kochanych „Krzyżaków". Dostałam za to mnóstwo ubrań, piżamę, słodycze i... uwaga, uwaga... kapodaster i stroik do gitary! ^^ Ten pierwszy zawsze robiłam z ołówka i gumek do włosów, ale ołówki okropnie się ścierały przez struny, a teraz ta dam! Mam profesjonalny spinacz do zmieniana tonacji! ^^ Stroik także jest dużym osiągnięciem, bo z moim słuchem to różnie bywa. :D Wprawdzie potrafię nastroić gitarę tak, żeby nie brzmiało to jakoś strasznie źle, ale na gitarze nawet 1/10 tonu robi dużą różnicę. Dostałam też dwie pary rękawiczek, z czego też niezmiernie się cieszę, bo mam ogromny talent do gubienia tej części garderoby. :D

Aaa, no i we wtorek byłam na przekazaniu Światła, tym razem w kościele w Raciechowicach. Oczywiście podczas mszy musiałam wylać wosk na moją kochaną spódnicę, a sam Płomień ledwo dowiozłam do domu, bo świeczka mi się kończyła...


Przez to zdjęcie, które umieściłam wyżej odruchowo chciałam życzyć Wam wesołych Świąt...

Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

20 grudnia 2014

139. Pierwsze Wigilie już za mną!

Hej!
Wiecie co dzisiaj mamy? Sobotę! Ale wyjątkową sobotę! Nie poszłam do szkoły, ale nie pójdę też do niej w poniedziałek, wtorek, środę, itd. i tak aż do 7 stycznia! ^^ Jest jeszcze jedna okazja do tego, że ta sobota jest wyjątkowa. Jest to ostatnia sobota przed Wigilią i świętami Bożego Narodzenia! A takie soboty są przeważnie zaraz po piątkach, a chyba każdy wie, że piątek to najlepszy dzień tygodnia! W każdym razie ten wczorajszy był dla mnie bardzo wyjątkowy!

Rano, na roratach odbyły się rekolekcje. Skończyło się to tym, że w domu byłam za dziesięć ósma. Nie byłam totalnie przygotowana do szkoły, więc szybko wrzuciłam wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy do torby i pobiegłam ubierać się. Po drodze zauważyłam, że nie wzięłam ze sobą fletu, więc musiałam się po niego wracać. Na szczęście zdążyłam na próbę! Tak, to właśnie nasza kochana klasa została wytypowana do przygotowania oprawy muzycznej na apel świąteczny! A mnie wybrano do zagrania trzech kolęd i zaśpiewania jednej. Przećwiczyliśmy sobie wszystko, co mieliśmy przećwiczyć i udaliśmy się do naszej sali, żeby przygotować ją do wigilii klasowej. Dzień wcześniej umówiliśmy się, że każdy napisze coś miłego o wszystkich osobach z klasy osobno. Rozdzieliłam więc moje karteczki do odpowiednich woreczków. W końcu jako tako się ustawiliśmy i ruszyliśmy na aulę! Najpierw obejrzeliśmy jasełka, które przygotowała inna klasa, a następnie przyszła kolej na nasz występ. Przez pierwszą kolędę po prostu stałam gdzieś z tyłu i śpiewałam z innymi. Niestety na drugą musiałam wyjść na środek sceny, przynajmniej razem z Klaudią. Przygotowałyśmy Gdy śliczna panna na dwa głosy, co w sumie średnio wyszło (głównie dlatego, że to mój flet był tym drugim głosem). Następnie dałam instrument do potrzymania Gabi, a sama znów wyszłam na scenę, tym razem z Julką. Śpiewałyśmy Świeć gwiazdeczko Arki Noego i oczywiście nie wyciągnęłam przy jednym wyższym podejściu, więc przez te pół sekundy była tam totalna cisza. Po brawach wróciłam po flet. Razem z gitarami zagrałyśmy sobie Jest taki dzień, w którym nie wyszła mi tylko przygrywka! ^^ Ostatnim numerem było solowe wykonanie Nikoli Lulajże, Jezuniu, a ja przygrywałam jej do tego linię melodyczną. Wyszło naprawdę magicznie! ^^ Po apelu udaliśmy się do klasy. Na początku przeczytaliśmy ewangelię, a następnie zaczęliśmy składać sobie życzenia. Niestety nie mieliśmy na to zbyt dużo czasu, więc nie połamałam się opłatkiem z kilkoma osobami. :( Potem chłopaki przenieśli krokiety i barszcz czerwony! ^^ W trakcie jedzenia Emilka rozdawała wszystkim woreczki, w których znajdowały się karteczki z miłymi rzeczami. :) Czytając niektóre teksty, chciało mi się płakać. Uwielbiam moją klasę!  O 13:30 musieliśmy się już zbierać z powrotem, więc szybko posprzątaliśmy klasę i wróciliśmy do domków.

O 15:30 razem z Alą udałam się na wigilię szczepową. Miałam duży dylemat jaką ubrać chustę, w końcu chciałam być tam jako członek Złotych Orłów i przyboczna Mini Kinderków w jednym. W końcu do munduru założyłam chustę zuchów, a tą harcerzy starszych zawiązałam węzłem przyjaźni, ale nie wyglądało to za pięknie. Chwilę przed szesnastą byłyśmy w małej szkole, gdzie przy stołach siedzieli już harcerze i zuchy. Znalazłam sobie jakieś miejsce między Gubi i Olą. Kiedy już nie mieściliśmy się przy stołach, postanowiliśmy po harcersku dzielić się opłatkiem (metoda ta opisana jest gdzieś tutaj), ale zuchy średnio to ogarniały, więc musieliśmy trochę uprościć zasady. W każdym razie i tak wyszło bardzo ciekawie. Następnie zabraliśmy się za jedzenie. Ala przyniosła ze sobą pysznego murzynka, do którego wszyscy się pchali, a mi jakimś cudem udało się zdobyć jeden kawałek! ^^ Rodzice zuchów mieli przyjechać już o siedemnastej, więc razem z Magdą i Gubi wzięliśmy je wszystkie na korytarz, gdzie zrobiliśmy sobie przepiękne zdjęcie. Przyszły do nas mamy niektórych zuchów z przecudną niespodzianką - wielką, oprawioną fotografią całej gromady! ^^ Kiedy wszystkie zuchy rozeszły się do domów, zmieniłam chustę na tą Złotych Orłów. W pewnym momencie przyjechał druh Romek z kamerą i zaczął wszystkich nagrywać, w tym mnie, kiedy zrobiłam coś bardzo głupiego, ale to zobaczycie na filmie, który być może ukaże się w następnej notce. Blada oczywiście miała gitarę, więc śpiewaliśmy dużo kolęd, między innymi właśnie Gdy śliczna panna na dwa głosy. Tomek przyniósł ze sobą takie magnetyczne kulki, które bardzo mocno się przyciągały, więc razem z Olą robiłyśmy z nich mnóstwo rzeczy, takich jak np. kolczyki, ale potem okropnie bolały uszy.

Zuchy! ^^
Prezent od rodziców! Czyż do nie jest przepiękne? ^^
Dzieło Oli z magnetycznych koralików. :D
Okazało się, że na osiemnastą trzeba jechać na wigilię jakiegoś stowarzyszenia i przekazać tam Światło. Grzela powiedziała, że zajmie nam to maksymalnie dziesięć minut, wytypowaliśmy więc trzyosobową delegację, w skład której wchodziła Gubi, Blada i oczywiście ja. Zostałyśmy podwiezione pod budynek. W recepcji wyjaśniliśmy kim jesteśmy i co polecono nam zrobić. Przyszła do nas pani, która to wszystko prowadziła, oznajmiając, że musimy poczekać jakieś dwadzieścia minut do rozpoczęcia całej wigilii. Kiedy wyjaśniłyśmy jej, że nasz kierowca nie ma tyle czasu, zaoferowała pomoc swojego męża, który nas odwiezie. Usiadłyśmy więc sobie na sofie na korytarzu i czekałyśmy. W końcu po jakichś czterdziestu pięciu minutach ta cała wigilia się zaczęła. Zaproszono nas na salę oznajmiając: Światło z Betlejem przekażą nam harcerze z hufca o nazwie Szczep Orle Gniazdo! Chyba nikt jeszcze nie popełnił tak głupiego błędu, jeśli chodzi o pomylenie hufca ze szczepem i odwrotnie. W każdym razie weszłyśmy do sali, w której siedziało może ze sto osób i stanęłyśmy sobie ładnie z boku. Zaczęło się witanie gości. Oczywiście każdy gość musiał coś powiedzieć, złożyć jakieś życzenia, itd. i chyba dopiero o dziewiętnastej dopuszczono nas do stolika ze świeczką. Ksiądz odpalił świeczkę, a nam polecono rozdać opłatki wszystkim obecnym na sali. Kiedy ta setka osób składała sobie życzenia, podeszłyśmy do pani, której mąż miał nas odwieść, a ona oznajmiając, że już go o to poprosi zaczęła łamać się opłatkiem z wszystkimi obecnymi na sali. Uznałyśmy, że nie ma sensu na nią czekać, więc Blada wyszła zadzwonić po druha Romka, a do mnie i Gubi podeszła pewna pani, podzieliła się z nami opłatkiem i złożyła życzenia. Zauważyła nawet nieregulaminowy sznur Gubi i od razu zorientowała się, że jest przyboczną. Trochę się zdziwiłyśmy, ale była naprawdę bardzo miła. Wróciła Blada, więc podziękowałyśmy pani, której mąż miał nas odwieść i wyszliśmy na dwór. Z dziesięciu minut zrobiło się półtorej godziny. Nawet nie chce mi się myśleć ile piosenek zdążyłybyśmy w tym czasie zaśpiewać i zagrać. Kiedy wróciliśmy do małej szkoły, ławki były już ładnie poukładane, po sali krzątało się jeszcze paru harcerzy. Zostało trochę jedzenia, przygarnęłam więc do siebie ciasteczka i sok jabłkowy, po czym wróciłam do domu.
Idziemy ze Światłem!
fot. Blada
Na zdjęciu widzimy Światło, które całą noc po przekazaniu w Krakowie paliło się w moim domu aż do południa, kiedy to moja genialna siostra wróciwszy ze szkoły, zdmuchnęła świeczkę...
Chyba nie chwaliłam się Wam jeszcze moją przecudną koszulką, którą dostałam od Magdy na biwaku zuchowym!  
Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam wszystkim wesołych Świąt!
~Ola

15 grudnia 2014

138. Połowa adwentu za nami! ^^

Hej!
Wyobrażacie sobie, że już za tydzień i kilka dni będzie nasze kochane Boże Narodzenie? Chyba każdy wie co robią harcerze zaraz przed tymi świętami! A jeśli ktoś nie wie, to po przeczytaniu tej notki będzie już wiedział!

Betlejemskie Światło Pokoju już jakieś trzydzieści lat temu zapoczątkowali austriaccy skauci. Od tego czasu każdego roku z Betlejem przewozi się Światło do Wiednia, skąd zostaje po kolei przekazywane do poszczególnych krajów. Harcerze z ZHP także zaangażowali się w akcję. Odbieramy Światełko w Krakowie, tam każdy harcerz może dostać płomień z Betlejem. Następnie zawozimy lampiony do swoich miasteczek i zanosimy do kościołów, urzędów i szkół, tak aby w każdym domu zapłonęła świeczka z Groty Narodzenia.
źródło
Nie wiem czy wszyscy zrozumieli o co w tym wszystkim chodzi, ale jest to naprawdę bardzo ciekawa akcja. Takie przekazanie miało miejsce właśnie wczoraj, w Krakowie, a wszystko zaczęło się w sumie już w piątek w Zakopanem. W każdym razie w niedzielę  o godzinie czternastej kilkunastu harcerzy z naszej drużyny wsiadło do autobusu. Blada wzięła gitarę, więc oczywiście śpiewaliśmy. Dużo śpiewaliśmy. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy hufcu, żeby zabrać parę osób. W drodze do Krakowa podeszła do naszego śpiewającego tyłu Pacia.
- Kto ma rogatywkę? - Gubi i ja automatycznie podniosłyśmy ręce.
- O, super! - komendantka odwróciła się - Burek! Mamy chętne do sztandaru!
I tak oto zostałam wkopana do jednej z najgorszych rzeczy na świecie. Koło piętnastej trzydzieści byliśmy w Krakowie. Zebraliśmy się pod Wawelem, ubraliśmy pałatki i czekaliśmy na drużyny harcerskie, które wracały z gry miejskiej. Razem z Gubi i Radkiem zostaliśmy wypchani na przód kolumny. Poszliśmy na plac apelowy. Pacia zaprowadziła naszą delegację sztandarową do innych.
- Jakby coś, to róbcie to co inni. - dała bardzo pomocną radę i zginęła w tłumie.
I tak właśnie staliśmy sobie na baczność przez cały apel. Oczywiście Gubi i ja nie miałyśmy pojęcia kiedy salutować, więc wyszłyśmy na idiotki przed całą chorągwią. W końcu apel dobiegł końca, a my udaliśmy się do Kościoła Mariackiego. Okropnie współczułam Radkowi, że musi dźwigać ten ciężki sztandar. Nie wytrzymywałam, kiedy słyszałam gdzieś w tyle głos Zuzy, Kuby albo Bladej drących się na całą ulicę. Zawsze robiłam to razem z nimi, a teraz nie mogę. W końcu doszliśmy do bazyliki. Razem z innymi sztandarami ustawiliśmy się przy głównym ołtarzu. Naprzeciwko nas przy sztandarze stali jacyś harcerze ze szczepu Swarożyca (tyle udało mi się odczytać z ich polarków). Nie dość, że miałam wrażenie jakbym zaraz miała zemdleć, to jeden z nich non stop się na mnie gapił. Na mszy też nie specjalnie wiedzieliśmy co robić. Radek opuszczał sztandar wtedy co inni, a wszyscy pozostali patrzyli się na siebie jakby z pytaniem: Mamy teraz salutować?. A wiecie co było w tym wszystkim najgorsze? Że obok nas była puściutka ławka. Nikt w niej nie siedział, a my musieliśmy stać na baczność (chociaż z tym na baczność to różnie było). Ogromnie ucieszyłam się, kiedy w końcu wyszliśmy na zewnątrz. Nastąpiło przekazanie Światła, po czym próbowaliśmy znaleźć nasz hufiec. W końcu zauważył nas i przygarnął Burek. I tak oto wróciliśmy szczęśliwie do autokaru! W drodze powrotnej znów śpiewaliśmy, tyle że przysiadł się do nas jeszcze Krzysiek. Chwilę przed dwudziestą byliśmy już pod gimnazjum. Zawiązaliśmy krąg, obwieściliśmy wszystkim, że spotykamy się jutro na roratach, aby przekazać Światło do kościoła, po czym rozeszliśmy się do domów.
Wniosek: nigdy nie przyznawaj się do tego, że masz rogatywkę!
A, i jakby ktoś chciał sobie zerknąć na zdjęcia, to zapraszam na Fan Page'a chorągwi: KLIK.

Na mszy.
Lampiony ze Światłem z Betlejem.
Sobotę wyjątkowo spędziłam w domu. Wstałam sobie chwilę po dziewiątej i zabrałam się za sprzątanie pokoju i układanie książek na półkach. Kiedy przyjechała mama, zaczęłyśmy piec pierniczki. Uwielbiam ten piękny zapach, który tradycyjnie gości w naszym domu, podczas pieczenia. ^^ Ozdabianie zostawiłam moim kochanym siostrom, sama polukrowałam chyba tylko jedno ciasteczko.
Efekty układania książek. Rozpoznaje ktoś jakieś swoje ulubione dzieła (chociaż wątpię, że widać jakieś tytuły)?
Perełki, lukier i nie wiadomo co jeszcze!
A to moje ciasteczko.
I pochwalę się jeszcze moimi prezentami mikołajkowymi. :D Dostałam Pana Brokuła, cieplutką piżamę oraz dwustronną, różowo-czarną czapkę. Na zdjęciu uwieczniłam też prezent z mikołajek kadrowych - ślicznego bałwanka na choinkę. ^^ 
Jeśli chodzi o te właśnie mikołajki, to niektórzy dostali naprawdę ciekawe rzeczy. Ania znalazła w paczce swoją własną brytfankę, którą kiedyś zgubiła. Blada bombkę, w środku której była zamknięta jakaś karteczka. Próbowaliśmy odczytać co na niej pisze, ale było widać tylko słowa: Po stłuczeniu rozwinąć. Vika dostała mnóstwo dokładnie takich cukierków, jakimi pół godziny wcześniej zajadaliśmy się na zbiórce. Z moim prezentem było trochę zamieszania, ponieważ nigdzie go nie było, ale co poniektóre osoby upierały się, że na pewno został dostarczony do hufca. W końcu znalazł się - w prezencie Tysi. :D

Tak w ogóle, to pamięta ktoś jeszcze o Blogowym Klubie Książki? Jest nas już bardzo dużo, ale cały czas zapraszamy chętnych do współpracy! Zasady są bardzo proste, a samo założenie takiego czegoś było niesamowitym pomysłem. ^^ Wystarczy zapisać się i już można brać udział w wszystkich klubowych dyskusjach. Zapraszamy --> KLIK.


I na koniec klasycznie: świąteczne zdjęcia z weheartit.com!







Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

7 grudnia 2014

137. Święta nam się zbliżają!

Dam da da dam!
Witam Was serdecznie moi kochani Czytelnicy! Proszę, niech ktoś napisze, że u niego jest już jakaś tam warstwa pięknej, białej materii, którą potocznie nazywamy śniegiem, bo ja po prostu muszę ją gdzieś mieć! Wprawdzie przez ostatni weekend miałam go pod dostatkiem, ale tak strasznie chciałam, żeby szóstego grudnia już coś spadło u nas, na dole. Tak ogólnie rzecz biorąc, to przez szkołę muzyczną, zbiórkę starszoharcerską, Mikołajki kadrowe i spotkanie namiestnictwa zuchowe zapomniałam kogo imieniny obchodzimy szóstego grudnia! Zawsze cieszyłam się na ten dzień razem z rodzeństwem, a w tym roku zupełnie wyleciało mi to z głowy. Kiedy w sobotę rano wstałam i zobaczyłam obok łóżka jakiś prezent, przez chwilę zastanawiałam się skąd to się tutaj wzięło. Dopiero potem popatrzyłam w kalendarz i zorientowałam się o co chodzi...

Swoją drogą zbliżają nam się święta = więcej obowiązków = więcej sprawdzianów = więcej nauki. Do tego jeszcze dochodzę Wigilie: klasowe, harcerskie, zuchowe. No, ale na tą chwilę przeczytajcie sobie taki jakiś świąteczny TAG. 

1. Kiedy zaczynasz przygotowania do Bożego Narodzenia?
Zazwyczaj robię to jakiś tydzień przed Wigilią, chociaż nie wiem czy w tym roku uda mi się wypalić tak wcześnie.
2. Czy posiadasz kalendarz adwentowy?
W tym roku jakoś nie miałam czasu, żeby o tym myśleć, więc nie.
3. Jakie są Twoje ulubione filmy świąteczne?
Mam mnóstwo ulubionych filmów świątecznych, ale w czołówce stoją zdecydowanie „Listy do M." oraz legendarny „Kevin sam w domu".
4. Czy masz jakieś wesołe wspomnienia świąteczne?
Ja mam tylko wesołe wspomnienia świąteczne!
5. Jak wygląda Boże Narodzenie w Twoim domu?
W Wigilię rano ubieramy choinkę, a kiedy jest już ciemno zjeżdża się do nas cała rodzinka. Jemy sobie tradycyjnie mniej-więcej dwanaście potraw, potem rozpakowujemy prezenty i śpiewamy kolędy. W Boże Narodzenie przeważnie jedziemy do babci i siedzimy tam przez całą przerwę świąteczną.
6. Co najbardziej lubisz w świętach Bożego Narodzenia?
Barszcz z uszkami, ubieranie choinki, prezenty i jeszcze wiele innych rzeczy!
7. Czy macie jakieś tradycje świąteczne?
Nie wiem czy można to uznać za tradycję, ale co roku mamy prawdziwą choinkę z lasu. ^^
8. Jakie są Twoje ulubione piosenki świąteczne?
Te najpopularniejsze: „Jingle Bells", „Merry Christmas Everyone", „Deck The Halls", „Last Christmas" i jeszcze kilka innych.
9. Jaką będziesz miała choinkę w tym roku?
Tak jak napisałam wyżej - prawdziwą.
10. Jaki jest Twój ulubiony zapach świąteczny?
Zapach świerka i pierniczków.
11. Jaki kolor lampek choinkowych lubisz najbardziej? (Znowu choinki?!)
Lampki, które mam w pokoju są kolorowe, ale najbardziej podobają mi się żółte.
12. Czy odliczasz dni do świąt?
W tym roku jakoś nie.
13. Ulubiony zimowy lakier do paznokci?
Nie maluję paznokci.
14. Ulubiony zimowy napój?
Herbata, gorąca czekolada i kakao. 
15. Jak wygląda Twój pokój podczas okresu świątecznego?
Przeważnie wokół mojej tablicy korkowej wiją się lampki i w sumie to jest wszystko.

I klasycznie: kilka zimowo - świątecznych zdjęć z weheartit.com.








A jeśli chodzi o kategorię co u mnie słychać, to ogólnie nie jest źle. Tydzień temu biwak drużyny, w tym tygodniu biwak zuchowy, za tydzień przekazanie Betlejemskiego Światła Pokoju, a potem jeszcze tylko tydzień i nasze kochane święta. Będziemy jeszcze robić z drużyną kartki świąteczne, więc może wstawię zdjęcia naszych dzieł. Na mikołajki kadrowe dostałam takiego ślicznego bałwanka na choinkę i mamby (które zjadły mi Blada z Gubi). ^^ O! Teraz mi się przypomniało, że za tydzień jedziemy jeszcze z klasą do kina i na kręgle. Ciekawa jestem czy to wypali.

Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

1 grudnia 2014

136. Teraz już wiem ile wody nalewa się do czajnika!

Przejrzyj sobie posty na tym blogu oznaczone etykietą harcerze. Jak bardzo łatwo zauważyć, większość biwaków, które tam opisuję odbywa się w szkołach. Ale z biegiem czasu przytulne, ciepłe sale zaczynają się ludziom nudzić i chcą spróbować czegoś innego. I tak właśnie narodził się pomysł zorganizowania tego, dość nietypowego biwaku.


29 listopada, sobota
Wstałam chwilę przed siódmą i skończyłam się pakować. Uznałam, że wybrałam zdecydowanie za mały plecak, ale nie miałam już czasu na zmianę. Zjadłam śniadanie i zaczęłam szukać trepów. Chwilę po wpół do ósmej w końcu się ogarnęłam. Kiedy wyszłam przed dom, Ala już na mnie czekała. Udałyśmy się na przystanek autobusowy, gdzie czekali już Blada i Burek. Ogólnie miało być nas ponad dziesięć, ale pogoda, choroby i lenistwo sprawiły, że w efekcie końcowym do busa w kierunku Wiśniowej wsiadło sześć harcerzy i jeden dosiadł się po drodze. A więc nasza siedmioosobowa ekipa w składzie: Blada, Burek, Ala, Weronika, Tomek, Kamil i ja, wylądowała w Ośrodku Wypoczynkowym w Wiśniowej. Nasza piątka dostała dwa pokoje ze wspólną łazienką, a Blada i Burek swój własny. W naszej całości były tylko cztery gniazdka elektryczne: jedno przy ubikacji w łazience, drugie zakopane za łóżkiem Kamila oraz trzecie i czwarte na balkonie, więc szanse podładowania telefonów były niewielkie. Zrzuciliśmy plecaki, przepakowaliśmy jedzenie do tych mniejszych, po czym ruszyliśmy w drogę! Na początek zmagaliśmy się z asfaltem, który po jakimś czasie w końcu zamienił się w polną drogę. Przypanoszyły się za nami trzy małe pieski, które dzielnie pokonywały trasę. A trasa do łatwych nie należała! Przy stromych, śliskich podejściach można było zauważyć coraz więcej śniegu. W końcu doszliśmy do pierwszego celu - na Suchą Polanę. Przez lód, który osiadł na łące, było widać zielone trawę i kwiatki. ^^ Napiliśmy się ciepłej herbatki z termosów i poszliśmy dalej! Śniegu było coraz więcej, a jeden z piesków cały czas za nami dreptał! Szliśmy sobie za szlakiem piękną, ośnieżoną drogą. Było strasznie zimno, a plecaki trochę ciążyły, ale jakoś daliśmy radę i w końcu dotarliśmy do schroniska na Kudłaczach! Usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików i zabraliśmy się za jedzenie kanapek i picie pysznej, gorącej herbatki lub gorącej czekolady. Studiowaliśmy też mapę, szukając dziwnych nazw miejscowości i powiem Wam, że trochę tego było... Po ponad godzinnych obradach, ruszyliśmy dalej. Na szczęście piesek już się od nas odczepił, bo inaczej chyba trudno byłoby mu wrócić do domu. Po drodze, rzecz jasna, musieliśmy się zgubić. Straciliśmy z oczu szlak i próbowaliśmy ogarnąć w którą stronę trzeba iść. Na wszystkich drzewach był śnieg, więc niektórych oznakowań po prostu nie było widać. W końcu szczęśliwie dotarliśmy na Lubomir, gdzie czekając na wejście do obserwatorium astronomicznego, zajadaliśmy czekoladę i popijaliśmy ją herbatą. W końcu weszliśmy do środka. Okazało się, że pogoda nie pozwala na obserwowanie nieba, ale za to wysłuchaliśmy ciekawej historii obserwatorium i obejrzeliśmy jeden z najnowocześniejszych teleskopów w Polsce. Gdy wyszliśmy z budynku, było już dość ciemno. Zaczęliśmy więc wyciągać odblaski i latarki. Burek wziął ze sobą całą paczkę takich rurek, które po przełamaniu świeciły neonowymi kolorkami. ^^ Nie pamiętam dokładnie nazwy, ale wszyscy poprzyczepialiśmy sobie te świecidełka do plecaków i tak pięknie oświetleni wróciliśmy do ośrodka. Po chwilowym odpoczynku, wytypowaliśmy czajnik. Polecono mi nalać do niego wody, a ja jakoś tak się zamyśliłam, śpiewając coś pod nosem, że w efekcie końcowym woda podczas gotowanie troszkę nam wykipiała... W każdym razie wszyscy zaczęli robić sobie kisiele. Gdy wszyscy mieli już w rękach swoje kubeczki, Ala przyszła smutna, ponieważ nalała cały kubek wody, a kisiel zlepił jej się w grudki. Razem obradowaliśmy czemu tak się stało, aż w końcu Ala uznała, że zrobi sobie jeszcze raz kisiel. I wtedy odkryliśmy tajemnicę grudek! Ala, zamiast turystycznego kisielu biwakowego, który po prostu trzeba zalać wodą w kubeczku i voila!, kupiła zwykły kisiel do gotowania w garnku. :D Na szczęście miałam jedną dodatkową torebkę tej przewspaniałej mikstury, więc podarowałam jej ten właściwy, malinowy kisiel. Do naszej piątki wbili też Blada z Burkiem i gitarą, więc trochę sobie pośpiewałyśmy (w sumie tylko ja i Blada (y)), nauczyłam się kilku nowych piosenek i ogarnęłam kilka nowych drugich głosów. W ośrodku, w którym nocowaliśmy odbywały się andrzejki, więc po umyciu się i położeniu do łóżek nie dało się zasnąć. Schowałam głowę pod poduszkę, ale nie dało to wiele. Okropnie długo nie mogłam zasnąć przez tą durną trąbkę, która wygrywała jakieś melodie tam, na dole, do tego grała jeszcze jakieś ćwierć tonu wyżej niż reszta instrumentów w zespole. Nie wiem o której zasnęłam i czy w ogóle zasnęłam...



Gdzieś po drodze na suchą polanę.
A to Sucha Polana. Jestem z tego zdjęcia ogromnie zadowolona. ^^ Przerobione wygląda jeszcze lepiej, ale uznałam, że tutaj pochwalę się tym oryginalnym. :D
Idziemy sobie przez piękny las.
Aaa! Włosy nam zamarzają!

Piękna pajęczynka przy obserwatorium na Lubomirze. :)
30 listopada, niedziela
Wpół do ósmej do naszego pokoju wbił Burek i zwinął nam czajnik. Pół godziny później przyszła Blada, więc trzeba było wstać. Zaśpiewaliśmy piosenkę na powitanie dnia i zabraliśmy się za przebieranie, mycie zębów, pakowanie, robienie herbat do termosów i mnóstwo innych rzeczy na raz. Wyszliśmy z ośrodka chwilę przed dziesiątą. Na piętnastą zamierzaliśmy być na przystanku autobusowym w Szczyrzycu, więc musieliśmy trochę skrócić trasę, do tego wszyscy szliśmy z wielkimi plecakami. Na początek, idąc za strzałkami z napisem wieża widokowa, wspięliśmy się na Księżą Górę. Jak się okazało, na miejscu żadnej wieży widokowej nie było, ale za to odpięliśmy jedną z karimat i wzięliśmy się za jedzenie. Burek wreszcie nauczył Kamila jak kroi się pasztet, po czym ruszyliśmy dalej. Z górki nie schodziło się łatwo, było dość dużo lodu i kilka razy się poślizgnęłam. Po kilkugodzinnej wędrówce doszliśmy do Diabelskiego Kamienia, gdzie Burek krótko opowiedział nam historię pustelni, która się tam znajduje. Następnie ruszyliśmy asfaltem w kierunku centrum Szczyrzyca. Na miejscu, chodząc wokół klasztoru, szukaliśmy elementów architektury gotyckiej. Naprawdę bardzo fajna zabawa. ^^ Została nam jeszcze godzina do odjazdu busa, więc udaliśmy się do pizzeri, gdzie złożyliśmy się na przepyszną pizzę. :D W końcu o piętnastej zaczęliśmy się zbierać. Na przystanek trafiliśmy na styk - bus już dojeżdżał. W środku było okropnie ciasno, a nasze wielkie plecaki nie polepszały sprawy. Po ponad pół godzinie jazdy, wysiedliśmy (z tym też było ciężko) w naszym kochanym miasteczku. Niektórzy czekali na rodziców (Weronika i Tomek), inni na busa (Blada i Burek), a ja z Alą wróciłyśmy do ciepłych domków. ^^
„Znów wędrujemy ciepłym krajem..." 
Pizza w Szczyrzucu.
Czasem myślę sobie, że mam beznadziejną pasję. Łażę, łażę, jest mi zimno, niewygodnie, jestem okropnie zmęczona i nie mam z tego nic poza zakwasami. Ale robię to, ponieważ uczucie, kiedy już dojdzie się na szczyt jest cudowne. Bo mimo tych wszystkich słabości mówisz sobie: uda mi się. I udaje się! Jesteś z siebie mega dumny, bo zrealizowałeś jeden ze swoich małych celów. I właśnie dlatego kocham góry .


P.S. Wszystkie zdjęcia z wyjątkiem tego z zamarzającymi włosami są mojego autorstwa. Jeśli chcesz coś przygarnąć - śmiało, ale najpierw zapytaj o zgodę!
P.S. II Jeśli ktoś byłby zainteresowany obejrzeniem jeszcze paru zdjęć z biwaku, zapraszam na FP drużyny: klik.
P.S. III Mój artykuł o działalności drużyny w październiku po raz pierwszy pojawił się na stronach gminnej gazety. ^^ 

Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

23 listopada 2014

135. Nadrabiam zaległości! ^^

Hej!
Jak pewnie zauważyliście, troszkę się tu pozmieniało. W sumie wszystko wyszło tak... po prostu. Już jakiś czas temu zaczęłam robić nowy nagłówek i niedawno zorientowałam się, że pasowałoby go skończyć. Potem już jakoś z automatu zmieniłam tło (które pewnie i tak będę jeszcze poprawiać) i dodałam playlistę z bardzo cichymi, spokojnymi melodiami (przynajmniej według mnie) oraz próbowałam zrobić coś z tą nieszczęsną czcionką, z którą od zawsze mam problem! Dzisiaj znalazłam chwilę czasu na nadrobienie zaległości, bo to notka miała się ukazać już dosyć dawno. A tak w ogóle, to czy tylko ja bardzo czuję zbliżające się święta? Reklamy, przeceny, wczoraj nawet szedł Kevin na Polsacie! Ten film zawsze kojarzy

Ale przechodząc do rzeczy: już jakiś miesiąc temu Karolina nominowałam mnie do Social Media Book Tag. Bardzo jej za to dziękuję i strasznie przepraszam, że tak długo z tym zwlekałam.
1. Twitter: twoja ulubiona krótka książka.
„Kwiat Kalafiora" Małgorzaty Musierowicz Jest to moja ulubiona część całej Jeżycjady.

2. Facebook: książka, którą każdy czytał i poczułeś presję by też ją przeczytać.
„Gwiazd naszych wina" Johna Green'a. W żadnym wypadku nie żałuję, że przeczytałam tą książkę.


3. Tumblr: książka, którą przeczytałeś, zanim to było popularne.
Myślę, że „Harry Potter" J.K. Rowling. 

4. MySpace: książka, którą nie pamiętasz, czy ci się podobała, czy nie.
Jeśli już jest taka książka, to nie pamiętam jaka. xd

5. Instagram: książka, która była tak ładna, że musiałeś zrobić jej zdjęcie
W sumie to robię zdjęcia większości okładek, ale pierwszeo mi się przychodzi do głowy to „Książę Mgły" Zafóna Nie jest wprawdzie bardzo piękna, ale jakoś mnie na swój sposób zauroczyła.



6. YouTube: książka, której ekranizację chciałbyś zobaczyć.
Z tych możliwych na tą chwilę to 'Kosogłos' i 'Hobbit'. ^^

***
Jeju! Ostatni sen pojawił się na tym blogu coś około rok temu! W sumie nie wiem czemu nie pisałam o tych rzeczach, przecież miałam dość dużo ciekawych nocnych przeżyć. Opowiem Wam teraz jedną historię, która przyśniła mi się już jakiś czas temu.

Siedziałam w wannie, w moim domu. Byłam w ubraniu, które było całkiem suche. Do łazienki po prostu wszedł sobie Leo z 'Olimpijskich Herosów' Ricka Riordana i obwieścił, że „Argo II" jest już nad Obozem. Wyszłam z wanny i zdałam sobie sprawę z tego, że jestem Percym Jacksonem (wyjaśniła się zagadka suchych ubrań - syn Posejdona). Kiedy usłyszałam wiadomość od Leo, szybko wybiegłam na dwór. Zaczęłam (jako Percy Jackson, oczywiście) wypytywać wszystkich czy widzieli Annabeth. Weszłam na podkład „Argo II", ale nikt mnie w ogóle nie kojarzył i wszyscy odsuwali się ode mnie jakbym przenosiła jakąś śmiertelną zarazę. Zaczęłam miotać się po wszystkich kajutach, ale nigdzie nie mogłam znaleźć córki Ateny. W końcu podeszła do mnie Hazel i obwieściła, że Annabeth nie żyje.
Jeju, jak ja kocham ten obrazek ♥.

Najlepsze jest to, że to wszystko układa się w bardzo logiczną całość. No, prawie logiczną, bo nie wiem jak Leo miałby obwieścić coś takiego Percy'emu, skoro to przecież był kapitanem „Argo II". A, i jeszcze Hazel: w śnie miała twarz mojej pani od fizyki. o.O Nawet nie wiecie jak następnego dnia przy czytaniu 'Znaku Ateny' ucieszyłam się, że wszyscy są żywi. ^^ Dla osób, które nie czytały książek Ricka, sen może nie mieć żadnego sensu, w każdym razie zachęcam do czytania jego serii, szczególnie o Bogach Olimpijskich i Olimpijskich Herosach. ^^


Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

15 listopada 2014

134. Z harcerzami nawet nauka jest fajna!

 7 listopada, piątek
Po powrocie ze szkoły muzycznej skończyłam się pakować, ubrałam mundur i wsiadłam do auta Gubi. W sumie do auta taty Gubi... Ledwo co wcisnęłam mój wielgachny, ciężki plecak do bagażnika. Tak, wybierałśymy się na kolejny biwak. Nie, nie biwak. Na kolejny kurs! W tamtym roku brałyśmy udział w takim czymś, ale dla zastępowych. W tym roku postanowiłyśmy spróbować czegoś wyżej - kursu przybocznych. O 19 miałyśmy być na odprawie. O 18:58 byłyśmy na miejscu. Zostawiłyśmy plecaki w sali, a same poszłyśmy na górę. Weszłyśmy do kadrówki jako jedne z ostatnich osób, wszyscy siedzieli już na krzesłach w pięknym kręgu. Usiadłyśmy obok Madzi, naszej drużynowej, po czym zaczęła się odprawa i kadrowe mikołajkowe losowanie. Prezent musi być wartości 1/25611 fiata 126 p. z roku 1981 na literkę B. Chyba już nawet wiem co zrobię nieszczęsnej osobie, którą wylosowałam... Po odprawie zeszłyśmy na dół, do naszej sali. Większość osób już przyjechała, ale nie mogłam przywitać się z wszystkimi, spieszyłam się na spotkanie namiestnictwa, na którym było naprawdę bardzo fajnie. :D Jedliśmy kisiel, uczyliśmy się piosenki Tu i tam i tam i tu, rozmawialiśmy o motywacji do działania, problemach z zuchami. Po spotkaniu udałam się na stołówkę, gdzie większość osób grała w Prawo Dżungli. Posiedziałam tam z nimi przez chwilę, aż w końcu Ala odpadła i poszłam razem z nią do sali. Przebrałyśmy się w piżamy i udałyśmy na pożegnanie dnia. Razem z Gubi i Wojnar postanowiłyśmy, że pójdziemy spać do pokoju Daisy, ponieważ inaczej musiałaby spędzić tą noc sama w wielkiej, ciemnej sali...


8 listopada, sobota
Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, po czym przeniosłyśmy swoje rzeczy do tej właściwej sali. Na miejscu byli już wszyscy kursowicze. Okazało się, że moje miejsce jest między Hanią i Alą. Mieliśmy pół godziny na zjedzenie śniadania, ogarnięcie się i ubranie w mundury. O dziewiątej stawiliśmy się na zajęciach u druha Jaska. Opowiadał o bezpieczeństwie, uczył podstawowych zasad pierwszej pomocy. Do dziesiątej siedzieliśmy na krzesełkach, sporządzając notatki i słuchając wykładu. Zaraz po zakończeniu tych zajęć, kazano udać się nam na następne. Zajęcia z czegoś, co kochają wszyscy - struktura ZHP i sznury funkcyjne! Jest tego niesamowicie dużo i dosyć trudno to wszystko ogarnąć, jednak po zajęciach z druhem Bestią zaczęłam cokolwiek rozumieć i już rozróżniam większość sznurów i beczek! ^^ Kiedy wyszliśmy z tych zajęć, kazano nam się rozmundurować. Jak to bywa na harcerskich wyjazdach, trzeba gotować sobie samemu... I tak oto w pierwszy dzień to nasz wspaniały zastęp Zigu-Zaga musiał zrobić przepyszny obiad - spaghetti! Co tu dużo gadać? Ogólnie nie wyszło bardzo źle, tylko nalaliśmy do tego wielkiego garnka za mało wody, przez co makaron się troszkę posklejał... Troszkę... Ale w efekcie końcowym prawie wszystkim smakowało, więc byłyśmy z siebie bardzo dumne! Na ciszy poobiedniej zauważyłam w rogu sali pokrowiec na skrzypce. Nie miałam pojęcia po co komu skrzypce na kursie zastępowych, ale chwilę później dowiedziałam się, że to nie żadne skrzypce! To było ukulele! Czy Wy to rozumiecie? Najprawdziwsze w świecie ukulele! (Dla niewtajemniczonych: ukulele to taka mała gitaraka, tylko zamiast 6 strun ma 4). Okazało się, że posiadaczką tego wspaniałego instrumentu jest Hania! I co Hania zrobiła? Nauczyła mnie grać na ukulele! Nawet nie wiecie jak dużo radości potrafi sprawić takiej osobie jak ja nauka gry na jakimś nowym instrumencie! Do tego wszystkiego Vizir odkrył w jednej z szafek tamburyn! Nasze śpiewogranie nie trwało jednak długo, ponieważ znów kazano założyć mundury i udać się na kolejne zajęcia! Tym razem prowadził je druh Kuba, a ich tematem była metodyka. Dowiedziałam się tam między innymi co znaczy skrót HSW (Harcerski System Wychowawczy). Następnie kazano nam ubrać buty i kurtki. Ustawiliśmy się w kolumnie dwójkowej i wyszliśmy na dwór. Przed szkołą Pacia zrobiła nam pełną musztrę wraz ze zwrotami, poprawnym meldowaniem i wszystkim co jest potrzebne dobremu przybocznemu. Na koniec każdy z nas dostał identyfikator kursu. Nikt nie miał jednak swojego. Osobie, którą się wylosowało trzeba było zrobić jakiś dobry uczynek w taki sposób, żeby nie zorientowała się kto jest jego autorem. Na moim identyfikatorze widniało imię i nazwisko... Tysi. Po powrocie do szkoły zaczęłam zastanawiać co mogę dla niej zrobić. Wszystkie słodycze, które miałam na kursie zdążyłam już zjeść, została mi tylko jedna czekolada. Przedzieliłam ją więc na pół i jedną połówkę ładnie zapakowałam w kartkę, na której napisałam Dla Tysi :), po czym wsadziłam pakuneczek do rogatywki mojej współlokatorki. I znów kazano nam ubrać się na zajęcia. Tym razem był to kominek połączony z wykładem o gawędzie. Poznawaliśmy zasady dobrego kominka i wymyślaliśmy swoje własne opowiadania, odpowiednio gestykulując, zmieniając ton i dynamikę głosu. Ja dostałam od Juli temat o jednorożcu, któremu złamał się róg, więc odpłaciłam jej za to upośledzonym dywanem. Trochę głupio wyszło, kiedy okazało się, że większość osób miało gawędy o sile przyjaźni lub przezwyciężaniu swoich słabości... Po powrocie z kominka mieliśmy się przebrać w stroje obrzędowe. Tematyką kursu była Afryka, więc ubrania także trzeba było mieć związane z tym kontynentem. O tej obrzędowości dowiedziałam się właśnie kiedy kazano nam założyć stroje, więc szybko skombinowałam sobie od Hani czerwoną chustkę, ubrałam czarne leginsy, czarną bluzkę i już miałam piękny strój! Przebierając się, Tysia zauważyła pakuneczek. Zaczęła skakać i piszczeć, po czym poleciała do sąsiednich sal obwieścić wszystkim, że dostała prezent. Nie spodziewałam się, że człowiek, do tego starszy ode mnie, może tak ucieszyć się z kilku kostek czekolady. Tysia cieszyła się z prezentu, a ja cieszyłam się z tego, że Tysia się cieszy. Idąc na podsumowanie dnia cały czas była przeszczęśliwa. Na miejscu usiedliśmy wraz z kursem zastępowych w kręgu i przekazując sobie ananasa mówiliśmy o tym, co nas zaskoczyło w ten dzień. Następnie wybieraliśmy dwie osoby z zastępu, które naszym zdaniem zasługują na nagrodę. Padło na naszą wspaniałą zastępową, Wojnar, oraz Tysię. Po podsumowaniu przebraliśmy się piżamy i razem z Alą uznałyśmy, że pasowałoby umyć włosy. Niestety w szkole nie było pryszniców, więc musiałyśmy zrobić to w umywalce. To było straszne! Na szczęście dotarła do nas też dobra wiadomość - przyjechała druhna Kremówka i zaprasza wszystkich na śpiewogranie! A z okazji, że śpiewogranie beze mnie to nie śpiewogranie, też razem z Hanią się tam udałam. Kremówka i ja grałyśmy na gitarach, Hania na swoim ukulele, a dziewczynki z kursu zastępowych na tamburynie. Instrument, który został mi przydzielony miał straszne, metalowe struny. Już po dziesięciu minutach miałam do reszty zjechane opuszki. O dwudziestej drugiej kazano nam skończyć. Udałam się więc do sali, w której zamierzałam spać. Vizir przypomniała mi jednak o teście, który czeka mnie we wtorek, więc szybko chwyciłam mój zeszyt z notatkami i zaczęłam się uczyć. Z resztą jak wszyscy. Nie było to łatwe, biorąc pod uwagę fakt, że do sali co chwilę wchodziła kadra w postaci Viki lub Martyny i gasiła światło.
Mieliśmy wypisać dowolne rozwinięcia tego skrótu. 
Tutaj akurat robimy sos do spaghetti. Wojnar ściera ser, a Gubi miesza to wszystko.
A tutaj gotujemy makaron.
Tamburyn, śpiewnik, paluszki, czyli bezsensowne zdjęcie z palcem Oli w prawym dolnym rogu.
Tadaam! Oto ukulele Hani! ^^ Wiem, że większość zasłania moja ręka, ale czyż nie jest piękne? ^^
9 listopada, niedziela
Zaraz po śniadaniu udaliśmy się na zajęcia prowadzone przez Grzelę. Dotyczyły one Prawa i Przyrzeczenia Harcerskiego. Dobraliśmy się w pary, w których musieliśmy wspólnie narysować dany punkt Prawa oraz wymyślić hasło promujące ten punkt. Trafiłam do grupy z Kubą, dostaliśmy punkt drugi - Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy. Kuba wymyślił, że skoro jest tam słowo polegaj, to narysujemy harcerza leżącego na Zawiszy... Nasze hasło było za to następujące: Zawisza jest wygodny jak łóżka z Ikei! Słowa lubią na nim leżeć!. Niestety niektórzy kursanci nie do końca ogarnęli naszą interpretację... Po tych zajęciach ubraliśmy mundury i poszliśmy do kościoła. Po mszy, gdy śpiewaliśmy Modlitwę Harcerską jeden ze starszych panów wstał i śpiewał razem z nami. ^^ Po powrocie do szkoły, rozmundurowaliśmy się, a Tysia znalazła w swoim śpiworze pakuneczek z napisem Dla Olci... Okazało się, że należy on do mnie i nikt nie miał pojęcia jakim sposobem znalazł się tam, gdzie był. W każdym razie znalazłam w środku kilka cukierków! ^^ Następnie zaproszono nas na zajęcia z druhną Kremówką ze śpiewu. Dzieliliśmy się na głosy i śpiewaliśmy Opery pana oraz Kanon owoców. Jak ja lubię takie rzeczy. ^^ Potem Kremówka nauczyła nas mojej ukochanej piosenki Wołosatek (odsyłam do dnia drugiego IRH - klik) - Rajdowy Kisiel! Potem było jeszcze krótkie śpiewogranie, a następnie udaliśmy się na obiad. Akurat gotowały chłopaki, a ich daniem specjalnym była tortilla. Niestety nie mogę powiedzieć, że im wyszło. :( Ciasto lodowate, tak samo jak mięso, co w efekcie końcowym nie było najsmaczniejsze... Następnie odbyły się kolejna zajęcia z Grzelą. Tym razem były to zajęcia z historii. Nasza kochana szczepowa oszczędziła nam wkuwania dat. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Każda dostała tekst źródłowy, z którego musiała ułożyć scenkę tak, żeby druga grupa zorientowała się o co chodzi. Był tylko jeden warunek. W scence nie wolno było użyć żadnego słowa oprócz jednego, które było podane przy tekście źródłowym. Kiedy Wojnar dostała kartkę, wszystkie się na nią rzuciłyśmy. Scenka miała dotyczyć tego, jak Baden-Powell zebrał pierwszych skautów i wyruszył z nimi na obóz, gdzie dostali Krzyże. Naszym słowem było marchew. Wyszło mistrzowsko. Wojnar była Baden-Powellem, a my chłopcami. Najlepsze było meldowanie za pomocą słowa marchew, wiosłowanie i składanie Przyrzeczeń. Tego nie da się opisać, to trzeba było po prostu zobaczyć. :D Po tych zajęciach ubraliśmy kurtki oraz buty i wyszliśmy na dwór. Podzieliliśmy się losowe grupy. Naszym zadaniem było zdobyć skradziony medalion Izydy, a wskazówki mieliśmy zdobywać od poszczególnych osób. Nie było to łatwe, bo osoby te było rozstawione po całym parku. Przez ponad dwie godziny lataliśmy tam i z powrotem, to pytając o coś Krzyśka, to prosząc o coś Szymka lub Anię. W końcu znaleźliśmy złodzieja, który zaprowadził nas do medalionu. Naszym zadaniem było zdobyć go tak, żeby nie dotknęła nas żadna ze złych osób, które tam krążyły. W końcu udało się zrobić to Gubi. Byliśmy bardzo zmęczeni, więc od razu wróciliśmy do szkoły. Znów ubraliśmy się w mundury i zostaliśmy poproszeni na kominek. I kto został poproszony o rozpalenie świeczek? I kto nie umiał zapalić tych świeczek? I komu okropnie trzęsły się przy tym ręce! No oczywiście mi! Nienawidzę rozpoczynać kominków, wszyscy się wtedy na mnie gapią, a ja okropnie się stresuję... W końcu kiedy udało mi się rozpalić te świeczki, zaczęła się gawęda. Pacia opowiadała nam o patronie naszego hufca - Stefanie Mirowskim. Rozwiązywaliśmy rebusy, krzyżówki i inne rzeczy związane z jego osobą. Ze zgaszeniem kominka poszło mi już lepiej. ^^ Przebraliśmy się w piżamy, umyliśmy zęby i znów zebraliśmy się na pożegnaniu dnia. Tym razem na najlepszą osobę zastępu wytypowaliśmy Hanię. Na koniec zaśpiewaliśmy przecudną piosenkę pt. Dobranoc. W naszym środowisku raczej rzadko się jej używa, ale jest naprawdę prześliczna. ^^ (Niestety na youtubie  nie mogłam znaleźć tej poprawnej wersji, ale TU jest trochę podobna wersja, tylko za mało klimatyczna. :( Ale z ukulele! :D) Rozeszliśmy się do sal, gdzie razem z Alą robiłyśmy sobie zdjęcia. Po przerobieniu jednego wyszło coś bardzo dziwnego...
Jakieś zajęcia na dworze. ^^
fot. Roman Paruch 
O, a to piękny porządek w naszej sali. I nogi Gubi. 
Kłótnia o złodzieja.
fot. Roman Paruch
Po lewej - zdjęcie przed przerobieniem
Po prawej - zdjęcie po przerobieniu.
Nie pytajcie.
10 listopada, poniedziałek
Chwilę po północy przyszedł do mnie sms od Daisy: Wszystkiego najlepszego! O 7:16 rozlega się sygnał. Dobiega z mojego telefonu. Byłam pewna, że nie nastawiałam poprzedniego dnia budzika. I co się okazuje? Że ktoś do mnie dzwoni! A kto? Nasza kochana Gabi. Odbieram telefon mamrocząc coś pod nosem. Dochodzi do mnie radosny głos przyjaciółki: Olcia! Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Na początku trochę się zdziwiłam, ale zaraz przypomniałam sobie jaki mamy dzień. Na szczęście Gabi zorientowała się, że mnie obudziła i dała mi spać dalej. O 8 znowu się obudziłam, tym razem z przyczyny gwizdka Martyny. Na powitaniu dnia Daisy wręczyła mi czekoladkę zawiniętą w genialne życzenia urodzinowe. ^^ Ogarnęłam się i poszłam na śniadanie. Usiadłam gdzieś z tyłu razem z dziewczynami z mojego zastępu. Po cichu jadłam swoją kanapkę z Almette. Przed piosenką na zakończenie posiłku, odezwała się Vika pytając, czy wie ktoś jaki dziś jest dzień. Na to podniósł rękę Kopuś: Urodziny Oli! I oczywiście nie odbyło się bez zaśpiewania Sto lat. Nienawidzę kiedy to mi śpiewa się tą piosenkę. Nigdy nie wiem co wtedy robić i głupkowato się uśmiecham... Po śniadaniu podleciało do mnie jeszcze kilka dziewczynek z kursu zastępowych składając życzenia. Następne zajęcia były do wyboru: metodyka zuchowa lub harcerska. Jako że jestem przyboczną zuchów, wybrałam opcję pierwszą. Okazało się, że tak samo jak ja postanowiły jeszcze tylko 3 osoby. Zajęcia prowadziła Kreo. Podróżowaliśmy po całym świecie, dowiadując się wszystkich ważnych informacji o gwiazdkach, sprawnościach, formach pracy, itd. Przy okazji dostawaliśmy cukierki, tańczyliśmy wokół ogniska, powtarzaliśmy piosenkę 'Tu i tam i tam i tu'. Ogólnie było bardzo fajnie. ^^ Kiedy zajęcia się skończyły, poszłam do kuchni pomóc trochę zastępowi, który dzisiaj gotował obiad. Obierając czosnek, śpiewaliśmy piosenki z bajek Disneya. :D Potem wbiłam jeszcze na chwilę na metodykę harcerską. Dostaliśmy chwilę czasu wolnego. Zauważyliśmy (w sumie to druhna Baśka, ale ciii), że kadra jest dosyć zmęczona i cały czas na nas narzeka. Faktycznie nie byliśmy ostatnio najgrzeczniejsi... Postanowiliśmy zrobić więc dla nich coś miłego - kolację na świeżym powietrzu. Ukradliśmy z kadrówki parę świeczek i zaczęliśmy je pięknie ozdabiać. Wycinaliśmy także stópki z papieru, za którymi kadra będzie szła w stronę niespodzianki. Przerwano nam w tych pracach obwieszczając, że obiad jest już gotowy. Był to chyba najlepszy posiłek ze wszystkich na kursie - leczo. ^^ Zaraz po obiedzie ubraliśmy się w mundury i udaliśmy się na kolejne zajęcia - propozycje programowe. Dowiedzieliśmy się tam dużo o propozycji Teraz Afryka, którą w tym roku realizuje całe ZHP. Po zajęciach dokończyliśmy stópki i ozdabianie świeczek. Następne zajęcie były prowadzone przez Pacię. Uczyliśmy się tam jakie funkcje na obozie może pełnić przyboczny, jak pisze się plan pracy, itd.. Przyszedł czas na kolację. Cały kurs przybocznych zebrał się w kuchni obradując jak to wszystko zrobimy. Wyjście było po zupełnie innej stronie szkoły niż kuchnia, poza tym dość blisko kadrówki. W końcu Kuba i Wojnar stanęli na czatach, rozmawiając o różnych rzeczach. Zastęp kuchenny robił kanapki i fondue (owoce w czekoladzie). My wynosiliśmy z sal ławki i krzesła, a kilka osób ustawiało to wszystko na dworze. Najgorzej było z przeniesieniem kanapek: postanowiliśmy podawać je przez okna, które dało się tylko uchylać, więc nie było to łatwe. Dostaliśmy wiadomość, że kadra już zmierza w stronę kuchni. Zamknęliśmy więc drzwi i zaczęliśmy prowadzić dyskusję z Pacią i Viką. Wojnar wywaliła się nawet, żeby odciągnąć uwagę od tej durnej kuchni. W końcu Martyna powiedziała, że mamy jeszcze pięć minut. Ania pobiegła rozłożyć stopki. Obok kuchni było wejście, tyle że zaraz przy sali gimnastycznej, na którym odbywał się trening piłki nożnej. Na szczęście pan trener był bardzo miły i przepuścił nas z tą herbatą i fondue. Wszystko było już gotowe. Dobiegła jeszcze druhna Baśka, a my schowaliśmy się pod ławkami. Kiedy kadra dotarła na miejsce wyskoczyliśmy z kryjówek i krzyknęliśmy: Niespodzianka! Było trochę ciemno, w końcu świeczki to nie najlepsze oświetlenie, ale dało się jeść. ^^ Widać było, że nasza kadra jest z tej kolacji bardzo zadowolona. :) Po posiłku kazano nam ubrać mundury i ustawić się drużynami, w których pracujemy na co dzień. Okazało się, że jesteśmy najliczniejszą drużyną. Wychodziliśmy ze szkoły z dwuminutowych odstępach. Podążaliśmy za strzałkami. Po drodze zadzwoniła do mnie ciocia z Austrii z życzeniami urodzinowymi i zdziwiła się kiedy powiedziałam jej, że nie byłam dziś w szkole. :D W końcu doszliśmy do domu druha Kuby, przy którym czekały na nas pozostałe drużyny. Kiedy wszyscy byli już na miejscu, Karolina z kursu zastępowych złożyła Przyrzeczenie, a my po kolei opowiadaliśmy o tym co najbardziej nam się podobało na kursie. Wystawialiśmy także reprezentantów każdej drużyny, którzy opowiadali czym na drużyna dla nas jest. Na koniec zaśpiewaliśmy Pieśń Pożegnalną i wróciliśmy do szkoły. Rozmundurowaliśmy się, przebraliśmy w piżami, umyliśmy zęby i udaliśmy się na pożegnanie dnia. Tym razem zastęp Zigu-zaga wytypował do wyróżnienia Patrycję i mnie. Byłam za to wszystkim bardzo wdzięczna. :) Umyłam włosy i poszłam na krótkie śpiewogranie, na którym oprócz mnie była tylko Vika i kilka osób z kursu zastępowych. Gdy wróciłam do pokoju kilka osób jeszcze raz złożyło mi życzenia.
Nasze kochane sznury. ^^
Ukulele, śpiworki, koszula Hani i moje śpiewniki.

Ala sobie leży. :D
11 listopada, wtorek
Zaraz po powitania dnia okazało się, że to właśnie zastęp Zigu-zaga robi śniadanie! Nie miałyśmy czasu nawet na ubranie się, tylko od razu zaproszono nas do kuchni. Po posiłku ubrałyśmy mundury i stawiłyśmy się na zbiórce (nie zdążyłam nawet umyć zębów ;-;). Pomaszerowaliśmy do sali, w której na ławkach leżały testy. Każdy usiadł przy jednym i... zaczęło się. Na początku szło mi całkiem nieźle, znałam dużo podstawowych rzeczy, które pojawiły się na kartce. Niestety doszłam do tabelki ze sznurami - tego nie rozumiałam w ogóle. Nie do końca byłam też pewna władz hufca i chorągwi oraz podstawowych stopni harcerskich. W sumie to niczego nie byłam pewna. Po upływie pół godziny, oddałam test. Razem z innymi dziewczynami porównywałyśmy odpowiedzi. Wywnioskowałam, że nie poszło mi najlepiej. A przecież jeśli będę miała poniżej iluś tam punktów, to nie dostanę patentu przybocznej, a co to za przyboczna bez patentu? Kiedy wszyscy skończyli pisać test, ściągnęliśmy mundury i zaczęliśmy sprzątać sale i powoli pakować plecaki. Przy okazji oczywiście spaliliśmy odkurzacz... Wreszcie znalazłam czas na umycie zębów. ^^ Kiedy wszystkie pokoje były już posprzątane, ławki ułożone, a plecaki wyniesione na korytarz, znów ubraliśmy mundury i ruszyliśmy na apel. „Baczność, spocznij, kolejno odlicz, zastępami meldować" itd.. W końcu przyszedł czas ogłoszenia wyników. Na początku kurs zastępowych. Okazało się, że zdała tylko jedna osoba. A potem my. Pacia wyczytywała po kolei nazwiska osób, którym udało się zdobyć patent. Niecierpliwie czekałam na swoją kolej. Po chwili zdałam sobie sprawę, że coś tu nie gra. Prawie wszystkie osoby z kursu przybocznych stały w rzędzie przed kadrą, a mnie wśród nich nie było. Przestraszyłam się nie na żarty, zaczęłam się zastanawiać jak wytłumaczę się przed Magdą. Osoby, które zdały wróciły do szyku. I nagle usłyszałam moje imię i nazwisko. Niepewnie wyszłam z kolumny i podeszłam do Paćki. Obok mnie ustawił się jeszcze Koptuś i Braśka. Okazało się, że nasza trójka otrzymała patenty z wyróżnieniem! Otrzymaliśmy największą liczbę punktów. Byłam naprawdę zdziwiona, ponieważ uważałam, że test poszedł mi beznadziejnie. Ale kto by się nie cieszył z wyróżnienia?
Po apelu umówiliśmy testy, zawiązaliśmy krąg, po czym zaczęli zjeżdżać się rodzice. Wróciłam do domu razem z Alą, byłam okropnie zmęczona, ale bardzo szczęśliwa.

Hania musiała wyjechać wcześniej. Taką tablicę zastaliśmy, po napisaniu testu ♥.

I pamiątkowa serwetka w raki. Albo homary... W każdym razie też od Hani 
***

Hej!
Przepraszam za taką ogromną przerwę! Tą notkę piszę już od wtorku i cały czas mam wrażenie, że jest beznadziejna. Przez te dwa czy nawet trzy tygodnie chyba zupełnie zapomniałam jak formułuje się zdania. Najchętniej w ogóle bym tego nie publikowała, ale obiecałam jednej osobie, że zrobię to do soboty. A dzisiaj jest sobota! Bardzo dziękuję nielicznym osobom, które zdołały przeczytać te moje długie wypociny. Pewnie jest w nich okropnie dużo błędów, poprawię to kiedyś, ale jeszcze nie dzisiaj. A może nawet usunę całą relację i napiszę ją od nowa...

Zbliżają się święta, co wiąże się z końcem półrocza. Nie wiem kiedy pojawi się następna notka, bo teraz całkiem ostro muszę wziąć się za naukę. Mam jeszcze zaległy jeden TAG i kilka Waszych notek do skomentowania. Obiecuję, że kiedy tylko znajdę wolną chwilkę, będę nadrabiać te zaległości!

Pozdrawiam serdecznie!
~Ola

P.S. Pamiętajcie, żeby rozglądać się przed każdym przejściem przez ulicę. Nie żartuję.